Shadow of War – rzut okiem po przejściu

Middle-earth-Shadow-of-WarSkoro Lea nie spieszy się z ARRem z ostatniej sesji postanowiłem się wepchnąć w kolejkę pisania i zrobić coś czego dotychczas nie robiłem, a mianowicie napisać kilka słów o grze konsolowej. Na wstępie warto zaznaczyć, że nie jestem pro gamerem, który ma doświadczenie w dziesiątkach tytułów. Piszę z perspektywy gracza „niedzielnego”, który coś w tam grał, coś tam widział, ale nie ma pretensji do oceniania gry w sposób profesjonalny. Ot po prostu, moje uwagi na temat tytułu, który z uwagi na swoją tematykę zwrócił moją szczególną uwagę. Ergo dziś opowiem Wam jak mi się podobała zabawa w Middle Earth Shadow of War.

Na wstępie warto zaznaczyć, że mam za sobą poprzednią cześć, czyli Shadow of Mordor. Gra zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Działa się w Śródziemiu i to w dość niezwykłym regionie, fabuła została bardzo ciekawie zawiązana, a sam model rozgrywki assasinowo podobny bardzo mi w owym czasie pasował. No i trzeba przyznać, że gra była dość trudna, a przynajmniej jej early phase było cholernie trudne, a ja takie gry lubię. Dodatkowo system Nemezis, pozwalający rozwijać się przeciwnikom razem z bohaterem i budować graczowi jedyną w swoim rodzaju historię naprawdę działał. Jak w żadnej innej grze znienawidziłem przeciwników, którzy szczególnie zaszli mi za skórę. Oczywiście nie była to gra bez wad – w późniejszej fazie gry robiło się zdecydowanie za prosto i bohater był w pojedynkę zetrzeć w proch całą obsadę orkowego fortu, a w ogóle gra była stanowczo za krótka i zanim się dobrze zdołałem w nią wkręcić to już się skończyła, no i samo zakończenie trochę mnie rozczarowało.

Ale przejdźmy do jej następczyni. Czy udało się uchronić nowy tytuł przed błędami poprzednika? Cóż, i tak i nie.

O kwestiach technicznych wypowiadać się nie zamierzam. Nie będę tu wyrzucał informacji na temat ilości klatek na sekundę i pikseli, bo się na tym specjalnie nie znam. Na mój prywatny użytek wystarcza informacja o tym, że gra jest graficznie ładna. Może nie najładniejsza pod tym względem, ale naprawdę bardzo dobrze zrobiona. Jedyne na co mogę zwrócić uwagę to nie zawsze właściwie reagująca kamera, co w krytycznym momencie walki może doprowadzić do szału.

Sama mechanika rozgrywki niewiele zmieniła się w stosunku do poprzedniczki. Dalej się skradamy i mordujemy orków z ukrycia, dalej walczymy i widowiskowo orków sieczemy, dalej mamy możliwość dominowania orków, ich kapitanów i potworów. Co do tego ostatniego to mozemy dodać pojawienie się Draków, na których można latać po planszy. Same potwory wyraźnie osłabiono w stosunku do poprzedniej części, przez co znacznie rzadziej się z nich korzysta (Graug zabijany jednym ciosem przez orkowego kapitana?!). Dodano kilka nowych elementów do wykorzystania na planszy w walce z przeciwnikami (jaja ghuli i pająków, sople, gejzery lawy itd.). Zabrakło tylko możliwości popływania po morzu Nurn 🙂

Ważnym elementem nowej rozgrywki są fortece rozmieszczone po jednej na każdy z pięciu obszarów dostępnych w grze. Ich zdobywanie i obrona jest jednym z ważniejszych celów gry, łącznie z tym, że cały ostatni etap gry, po zakończeniu głównej linii fabularnej na tym właśnie polega. Jest to całkiem fajny motyw. Pierwszą fortece zdobywałem z zapartym tchem, przy drugiej byłem skupiony i starałem się jak najbardziej wykorzystać osłabienie wroga i możliwości własnych orków, trzecia była już z lekka monotonna, a czwarta po prostu nudna. Niestety głównym problemem tej gry, widocznym po przejsciu dwóch obszarów jest monotonia. Misje są niesamowicie podobne do siebie. Zdejmowanie kolejnych orkowych kapitanów niczym się praktycznie nie różni. Znajdź kapusia żeby poznać słabe strony, wciśnij szpiegów, wywab, odciągnij w miare puste miejsce i utłucz. I tak w koło. Przez pierwsze dwa podbijane obszary ma to faktycznie sens, szczególnie, że autorzy wrzucają różne elementy losowe – inni kapitanowie atakują z zaskoczenia, nasze sługi potrafią nas zdradzić nawet w ogniu walki, przeciwnik uczy się naszego stylu walki i na niego reaguje. Ale kiedy zacząłem oczyszczać Gorgorath, stwierdziłem, że autorzy już niczym nowym mnienie zaskakują. Zrobiło się po prostu nudno. I nie znaczy, że walki były za łatwe. Bynajmniej. Niezależnie od poziomu postaci praktycznie cały czas było ciężko i w każdej chwili bohater mógł oberwać nawet od zwykłych trepów, o ile osaczyli go w odpowiednio dużej liczbie. Z drugiej strony kosmiczna ilość HPków, jakie pod koniec fabularnej części rozgrywki mieli orczy kapitanowie sprawiała, że niektóre potyczki ciągnęły się niemiłosiernie długo.

System Nemezis z jednej strony jest wielką siłą gry. Generowani dzięki niemu przeciwnicy bywają naprawdę niesamowici i dynamicznie zmieniają się w czasie rozgrywki. Dziesiątki zupełnie odmiennych osobowości – od totalnego szaleńca, przez dzikiego barbarzyńce po śmieszkującego wierszokletę dają grze niesamowitego kopa, znów można znielubić szczególnie przebiegłego i trudnego do zabicia orka. A z drugiej strony pojawia się spory problem z ilością przeciwników. Jest po prostu za dużo. Żaden z nich nie wbił mi się tak głęboko w pamięć, jak przeciwnicy z poprzedniej części, zbyt wielu przewaliło mi się przez monitor. Dodatkowo tak w okolicy drugiego, trzeciego z podbijanych obszarów zaczyna się zauważać powtarzalność elementów wyposażenia i co gorsza osobowości. Szkoda.

Sama fabuła znów okazała się dobra. Autorzy świetnie, w sposób twórczy, wykorzystali znane z Tolkiena wątki i postacie dodając trochę od siebie. Mam szczególny problem z Szelobą, która z jednej strony jest przedstawiona w sposób zupełnie sprzeczny z kanonem, a z drugiej zaś jest po prostu świetnie napisana – najlepszy NPC w grze. To skolei zaś prowadzi do smutnego stwierdzenia, że NPCów i konfrontacji z nimi trochę w tej grze brakuje. Bardzo żałuję, że w porównaniu do poprzedniej odsłony Gollum i Szczurnik dostali tak mało czasu antenowego. Brakuje również krasnoludzkiego łowcy z poprzedniej części (ale z tego co widziałem ma wrócić w DLC). Samej Szeloby, też mogło by być więcej, szkoda że autorzy nie pokusili się o wątek romansowy, bo trzeba przyznać, że tworząc mocne postacie kobiece dali dobre ku temu podstawy, a samo zakończenie gry mogło by stać się przez to jeszcze bardziej dramatyczne. Ostatnią uwagą względem fabuły niech będzie to, że bardzo brakowało mi możliwości wpływania na jej przebieg. Naprawdę szkoda, że w kilku kluczowych momentach gracz nie ma możliwości wybrania za Talliona. Nie mniej jednak chylę czoła przed samym zakończeniem. Świetny twist na koniec, plus samo zwieńczenie fabuły bardzo dalekie od happy endu, mnie osobiście przekonało.

Ostatnim smaczkiem około fabularnym, który zrobił na mnie naprawdę spore wrażenie, są pororzucane po Mordorze Gondorskie artefakty. Niby zwykłe znajdźki, zmuszające do spędzenia kilku dodatkowych godzin w grze, do tego nie dające niczego postaci mechanicznie, a mimo to naprawdę sprawiły mi wielką frajdę. Dlaczego? Z uwagi na dołączony do każdego z artefaktów komentarz, opisujący barwny element historii i kultury Gondoru. Niewysłane listy zaginionych wojowników? Waza z Numenoru? Łuska smoka? Kompedium wiedzy o Śródziemiu to super sprawa sama w sobie.

Ok czas na podsumowanie tej krótkiej quasi recenzji. Z jednej strony mamy fajny model rozgrywki, z wysokim poziomem trudności, niezłą fabułę, świetny system Nemezis i fajne Śródziemiowe smaczki. Z drugiej zaś monotonie powtarzających się w nieskończoność misji, za dużą ilość powtarzających się npców, fabułę to mimo, że fajną, to jednak troche za krótką i za mało rozbudowaną (zaledwie 57 godzin na przejście gry), chamskie ukrycie ostatecznego zakończenia za wymagającym kilkudziesięciu godzin bezsensownego grindu podbijaniu i bronieniu fortec. Ogólnie to jestem z tej gry zadowolony, może trochę rozczarowany, bo przecież można by więcej i bardziej, ale mimo to nie żałuję tych bez mała 60 godzin zabawy jakie gra mi dała.

Na sam koniec warto by wspomnieć o elemencie, o którym było głośno zaraz po premierze gry, a który wzbudził spore kontrowersje wokół niej. Skrzynie z lootem do kupienia. Cóż faktycznie są obecne. Można kupować boosty XP, szanse na znalezienie lepszego sprzętu, orkowego kapitana itd. Faktycznie jest taka możliwość. Cóż, poza jednym momentem gdzie gra mnie do tego zmusiła, nie użyłem tej opcji ani razu. Nie czułem również koniecności do robienia tego. Po prostu jest sobie taka opcja, dość dobrze widoczna i tyle. Grę bez większego problemu da się przejść bez tego i to na wyższym poziomie trudności. Ktoś lubi wydawać hajs na takie cuda? Jego sprawa. Ja o to szat drzeć nie zamierzam, bo mi to nie przeszkadza.

Reklamy

3 myśli na temat “Shadow of War – rzut okiem po przejściu”

    1. Graj, motywy około Śródziemiowe są naprawdę spoko, ale nie ukrywam, że do tej gry trzeba miejscami prawdziwie małpiej zręczności. I o ile DarkSouls polegało głównie na zapamietywaniu sekwencji ruchów, tak tu jest spory, bitewny chaos i łatwo w kilka sekund pozbyć się większości HPków. Ogólnie polecam, o ile Twoje PadFu jest na wysokim poziomie 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s