O mojszyzmach, mechanice i storytellingu…

Dziś trochę z innej beczki niż dotychczas. Dawno żaden tekst dotyczący hobby nie zdrażnił mnie na tyle, bym poczuł potrzebę reakcji i to w trybie pilnym. Tym razem udało się to grupie Lans Macabre i ich wpisowi na FB . W samej dyskusji nie zdążyłem już wziąć udziału, wygasła zanim doklikałem się do tego konkretnego posta, a że w większości wypadków moje poglądy były godnie reprezentowane przez ENCa i Sejiego (za co obu Panom serdecznie dziękuję), to powstrzymałem się od odgrzewania wątku i zdecydowałem się na krótką refleksję w formie notki blogowej.

Z pozoru jest to kolejny etap wywodzącej się z lat 90 dyskusji na temat stosowania mechaniki i storytellingu. I to do tego podany w formie, która na mój gust jest klasycznym trollingiem. Już w pierwszych słowach pojawia się sugestia jasno informująca, kto jest ten lepszy, a kto gorszy. Bo chyba dla każdego oczywiste jest, że Ci, którzy w rpgie grają dla immersji, doskonalenia warsztatu i dla bogatych konstrukcji fabularnych, już z samej ilości epitetów wydają się lepsi niż Ci grający „for fun”. Tu docieramy do kolejnej odsłony wojenki o mechanikę i storytelling, czyli mit o poważnym i zabawowym rpgie. Szczerze mówiąc, gdy ktoś zaczyna mówić o rpgie jako jakimś wykwicie sztuki, jestem bliski stwierdzenia, że możemy mówić co najwyżej o wypierdku takowej… Nie rozumiem, naprawdę nie jestem w stanie pojąć, po co na siłę przypinać zabawie łatkę czegoś więcej, niż jest w rzeczywistości. Dlaczego sensem hobby samego w sobie nie może być rozrywka? Po co doszukiwać się na siłę czegoś więcej? Czy to aby nie w ten sposób dochodzimy do tworzenia sztucznych barier i dzielenia środowiska? Skoro jedną formę tej samej rozrywki stawia się wyraźnie wyżej niż inne?

Podążam tym tropem z uwagi na to, że w toku dyskusji pod postem wyszło, że temat został poruszony z uwagi na to, iż ekipa spod znaku Lans Macabre czuje się szkalowana przez dużą część społeczności za swoje storytellingowe poglądy. Bo na różnych grupkach drwi się z ludzi grających bez mechaniki i pisze się o nich jak o jakichś oszołomach. I to panów z LM boli. Szczerze? Zgadzam się. Istnieje sporo grup, gdzie ludzie naśmiewają się. Ale bynajmniej nie ze storytellingu jako takiego. Większość uczestników tych grup jest zdroworozsądkowa, większość uważa, że każdemu jego RPG i każdy ma prawo grać jak mu się podoba. Wiem, bo na tych grupach siedzę i ze sporą częścią ich członków na te tematy dyskutowałem. Ale większość z nich, podobnie jak i ja, nie akceptuje i piętnuje zachowania patologiczne, które w fandomie są bardzo powszechne, a które są spuścizną po ciemnych latach 90. Przejrzyjcie dowolne k10 dyskusji na PiPie, a szybko wyłapiecie trend:

Ignorancja – spora część fandomu nie zna się na RPG. Przykre, ale prawdziwe. „Po co, skoro jest Warhammer?” Znacie to? Niestety, ja spotykam się z tym cholernie często. Na czym poprowadzić Gwiezdne Wojny? Na Warhammerze, albo Neuroshimie. nWOD? A co to za wynalazki, tylko stary Wampir jest fajny. DnD 5 ed.? Najlepsza jes 3,5. I tak dalej. Duża część fandomitów opiera swoją wiedzę na poznanych w latach 90., wydanych po polsku podręcznikach . Nie znają nowych systemów, nie wiedzą w jakim kierunku hobby rozwijało się przez ostatnie lata, a mimo to uważają się za dogłębnie znających temat. Dodatkowo nawet te systemy, które rzekomo znają, są bardzo często znane przez nich bardzo pobieżnie. Kilka lat temu znajomy, określający się jako wielki znawca i fan pierwszej edycji Warhammera prowadził mi i mojej żonie krótką przygodę. W ciągu pierwszych 15 minut odkryłem, że jego wiedza o świecie jest praktycznie żadna (sprzeczaliśmy się o stosunek ludzi do krasnoludów, które w jego wizji były prześladowane w Imperium, niczym w wiedźmińskiej sadze), a po kilku godzinach sesji wiedziałem już, że o mechanice również nie ma zielonego pojęcia (kazał mi rzucać za każdym razem na SW przy castowaniu czarów).

Przekonanie o RPG jako sztuce/wyższości storytellingu – kolejna kwestia, która pojawia się praktycznie w każdej dyskusji na temat prowadzenia. Ile razy już słyszałem „my to już od dawna nie bawimy się w mechanikę, teraz gramy na poważnie bez kostek”. Ile razy słyszało się o tym, że z DnD to jakieś planszówki, czy inny Hack’Slash i polega tylko na klepaniu potworów. To nie jest jakiś odosobniony głos w dyskusji. To jest powszechne przekonanie, które jest powielane praktycznie w każdej dyskusji.

Konwentowa monotonia – Przejrzyjcie proszę konwentowe programy z atrakcjami RPGowymi, zobaczcie o czym przede wszystkim mówią prelegenci. O immersji. O  tworzeniu barwnych opisów. O odgrywaniu postaci. O merytorycznej wartości tych konwentowych prelekcji wolę nie pisać. Wiele z nich opiera się na magicznym przekonaniu, że wrodzone umiejętności danego prelegenta (charyzma, ekspresja, umiejętność gry aktorskiej, itd.) to coś, co można w sobie z łatwością wyrobić. A co najgorsze, rodzą one przekonanie w prelegentach, że to właśnie jest ten właściwy sposób prowadzenia. Nikt z prelegentów (serio, byłem na wielu takich prelekcjach) nawet się nie zająknie o tym, że można to zrobić inaczej, że mistrz gry nie musi mimiką zawsze odegrać, to czy NPC kłamie czy nie, że można też zaproponować graczom rzut na odgadnięcie intencji NPCa. Nie. Aktorstwo. Wszyscy na jedno kopyto. Na wszystkich konwentach. Z roku na rok to samo.

A jak to się ma do prześmiewczych grup i szkalowania storytellingu? LM stawia tezę odnośnie tego co jest mainstremem, a co kontrkulturą. Moim skromnym zdaniem to właśnie jest odpowiedź na Wasze pytanie. Większość wspomnianych grup powstała jako odpowiedź na mainstream i jego poglądy. To sposób na odreagowanie dla ludzi zmęczonych postawą większości fandomu, odreagowanie, które często przyjmuje formę dość niefrasobliwą, żeby nie powiedzieć agresywną i wulgarną. Ale oczywiście nikt nie zmusza do uczestnictwa w takich grupach. Wchodząc w młyn, musisz brać pod uwagę, że oberwiesz łokciem.

Wracając do postu LM. Mam dziwne wrażenie, że ta grupa, sama uważająca się za postępową i awangardową, musi chyba zdać sobie sprawę, że teraz to właśnie oni  są mainstreamem, bo reprezentują poglądy, które od lat 90. mocno wbiły się w powszechną świadomość fandomu.

I na sam koniec – nie uważam, że storytelling jest zły. Nie przeszkadza mi, że są ludzie, którzy bawią się w RPG inaczej, niż ja. Nie gloryfikuję grania mechanicznego, jestem od tego bardzo daleki. Ale zawsze będę stał przy stanowisku, że wszelką ignorancję, fałszywe przekonania o większej wartości danej formy hobby nad innym i brak szerszego spojrzenia na to hobby, szczególnie ze strony osób prezentujących się jako eksperci w fandomie, należy ze środowiska wyplenić. Tyle. Do zobaczenia na prześmiewczych grupach 🙂

Reklamy

13 myśli na temat “O mojszyzmach, mechanice i storytellingu…”

  1. Ta dyskusja trwa od zawsze. Nie sądzę, żeby był sens poruszania jej tutaj.

    BTW, jak drażnią cię prelki o storytellingu, to po co na nie chodzisz? Idź sobie na ‚prelkę’ o mechanice, ktróre są zawsze na konwentach pod nazwami w stylu ‚nauka gry w Wilkołaka’, albo cokolwiek. Dziwisz się, że wolę pop-kulturowe, czy inne.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Prelekcji o konkretnych systemach, mechanice, settingach, czy konwencjach praktycznie nie ma, a raczej jest ich bardzo mało. Większość dotyczy właśnie takich, wyrwanych z kontekstu rzeczy jak opisy, aktorstwo, czy inne abstrakcje. Z reguły prowadzą to te same osoby i z konwentu na konwent mówią dokładnie to samo.

      Polubienie

  2. Fak faktem, jak próbowaliśmy swego czasu poprowadzić prelki na Pyrkonie to się okazało, że na konkrety nie ma miejsca (prelka o mechanice poszła na listę rezerwową), dystansu nie uświadczysz (Imperatorze, jak mi się dostało za stwierdzenie, że granie w mieszanym towarzystwie prowokuje w ten czy inny sposób jakieś nawiązania do seksu… w sesji), katofeminazistki rządzą (i wiedzą wszystko najlepiej: puszczam się z graczami na sesjach i namawiam do tego inne graczki) a dla nieznanych (jeszcze) nikomu prelegentów nie ma już miejsca w normalnych godzinach (bo 16.00 w niedzielę jest w sam raz, no nie?).
    Hermetyczne środowisko promujące siebie nawzajem, które pod hasłem walki z dyskryminacją usiłuje narzucić wszystkim swoje racje.
    Echhhhh… niejedna prelka to zmarnowany czas. A szkoda 😦

    Polubienie

  3. Nie uważasz, że storytelling jest zły – ale zawsze jedziesz po nim jak po łysej kobyle. :p Nawet tutaj modyfikacje mechaniki wrzucasz od razu do worka ignorancji itp. Nie wiem czemu ludzie tak polaryzują się w tym konflikcie. Borze drogi. Co kto lubi…

    Polubione przez 1 osoba

    1. Nie ze storytellingu, tylko z ludzi gloryfikujących ten styl, jako coś lepszego, doroślejszego. Nie jestem gameistycznym pojebańcem, nie wykuwam reguł na blachę i nie rozliczam ciężaru złota noszonego przez bohaterów.
      Jestem i zawsze byłem zwolennikiem środka. Mechanika jest o tyle ważna, że w klasycznym RPGie dysproporcja decyzyjna pomiędzy graczem, a prowadzącym jest na tyle duża, że bez zasad stojących na straży obiektywizmu wszystko się wali. Przynajmniej ja nie wierzę w absolutnie obiektywnych i w pełni ogarniających wszelkie zmienne prowadzących.
      Modyfikacje? Nie modyfikacje, a używanie gier do konwencji i settingów, do których gra nie jest przeznaczona, tylko dlatego, że to jedyna gra jaką ktoś zna, albo że jest dostępna po polsku.

      Polubienie

      1. Jasne! Gdy graliśmy w sandboxa, którego jednym z ważniejszych elementów była kwestia przetrwania w dziczy, rozliczałem każdą strzałę i kromkę chleba. Ale teraz, grając w Dark Heresy, rozliczanie ilości transportowanych po walce karabinów laserowych uważam już za bezsensowne. Nie to jest tematem przewodnim tej kampanii i było by ostrym gaimizmem przypierdalać się do tego i kazać graczom kilkukrotnie maszerować po te karabiny.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Masz na myśli rules lawyeryzm 🙂 Gamizm to wedle modelu GNS pewne oczekiwania wobec gry i rozwiązania dostarczane przez grę, by te oczekiwania zaspokoić – w tym wypadku wyzwania, pokonywanie ich, optymalizacja postaci by lepiej pokonywac wyzwania itd. A czepianie się karabinów z przykładu to kurczowe trzymanie się zasad i blokowanie toku rozgrywki. 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  4. Ło rany, po prostu ludzie muszą się jakoś dowartościować, co nie? Zatem masz artystów, prawdziwych Twórców głębokich fabuł i immersji, plujących na kostkowy motłoch. Z drugiej strony masz awangardzistów, czyli ten kostkowy motłoch, którzy 20 lat temu byli DeDekowcami (bo tyle u nas było), a dzisiaj mają możliwości i stali się indiasowcami i koneserami awangardowych rozwiązań. Te same strony, te same argumenty, ten sam konflikt – wzrastamy w sztuce i doskonalimy warsztat vs wyszliśmy z piwnicy i patrzymy w przyszłość, bo na bank nowe = lepsze. Nihil novi.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s