Smoczy Lans na dwa głosy, cz.1

2 Reorxmont, pełnia Solinari.

Odkryliśmy starożytny elfi kompleks podziemny! Z działającym oświetleniem. I działającym duchem…

Letnie słońce ogrzewało wystawione ku niemu twarze leniuchującej na dachu osobliwej grupy: Silva, Kenai, Farin i Elinor cieszyli się słodkim nieróbstwem. Farin z wyrzutami sumienia oczywiście. Yolo natomiast ciągle ględził, coś sprawdzał, wstawał, siadał, podśpiewywał. Wkurzał. Jak zwykle. Dlatego dźwięk dzwonu wołającego mieszkańców sierocińca na obiad został odebrany z niemałą ulgą, bo kender wystrzelił z dachu jak oparzony, aby wbić się w kolejkę, aby znowu udawać małe dziecko (te miały pierwszeństwo w wydawaniu posiłków). Reszta była już “dorosła” i nie przystało im gnać na złamanie karku.

I właśnie ta opieszałość reszty, tak typowa dla wielkoludów, była zalążkiem naszych kłopotów, bo naraziliśmy się Edwinowi, dostaliśmy srogą karę i nie mieliśmy zaznać snu tej nocy. Z drugiej strony przeżyliśmy przygodę życia i znaleźliśmy potencjalną bazę. Ale po kolei…

Pełnia jak zwykle obudziła w bandzie Stama ducha poszukiwaczy guza. A że byli niesamowicie odważni i pewni swego, to uwzięli się na młodszych i poczęli ich gnębić (jak przystało na odważnych osiłków, robili to w ukryciu, aby nikt nie mógł im przeszkodzić), Farin od razu poleciał ratować młodych, bezbronnych, uciśnionych. Ja od razu wiedziałam, że to się źle skończy. Bo po tym, jak kamień znikąd rozbił głowę Stama, na bójce nakrył nas Edwin. To dobrze, bo przegrywaliśmy. Prawie go zabiliśmy. To znaczy Stama, nie Edwina. Cyklop zagonił nas do mycia naczyń, pozbawił kolacji i odesłał do pilnowania spichrza. Tak w razie by ziarno chciało uciec z powrotem na pole. E tam, Farin wreszcie zrobił coś szalonego! Całe lato czekałem, aż złamie regulamin. Zrobił to, aby ratować słabszych, ale to zrobił. Ha! A kamień, ekhm, no, celowałem w korpus, ale wszyscy tacy wysocy, i nie ma jak dokładnie wymierzyć i ten kamień trafił go w głowę. Nikt nie widział, że to ja. Ufff. I wcale nie przegrywaliśmy, widziałem, że Kenai się zbiera do zadania ciosu, on tak zawsze walczy. Najpierw daje przeciwnikowi fory, zbiera baty, a potem wygrywa. Chyba, bo nigdy nie wytrzymałem do końca jego walki. Zmywania nie cierpię, chciałem zająć się czymś innym, ale pozostali mieli inne zdanie. Potem, w ramach “zemsty” obudziłem “przypadkiem” kucharkę, gdy reszta wyjadała resztki z garnka zamiast sprzątać, ale nie było z tego draki. Bez sensu.

W spichrzu Silva znalazła zagryzionego kota. Chłopaki namierzyły jakaś dziurę w ścianie, którą do spichrza przedostawały się gigantyczne szczury. Oni nazywali to szczurami, ale było wielkie jak borsuk. Chłopaki mogą się naśmiewać, ale gdyby takie coś stanęło na dwóch łapach to mogłoby plunąć mi na czubek głowy. A ja instynktownie boję się nie lubię wyższych istot od siebie. I takich, które plują. Czy szczury plują?

Silva okazała się po ostatniej burze na tyle pełna determinacji, że pospieszyła donieść Edwinowi o szczurach. Mówiłam jej, że budzenie go w nocy nie należy do najlepszych pomysłów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ryzyko ujrzenia go w piżamie. On pewnie za to zabija. Bo czy wśród żywych znam kogoś, kto go tak widział? Nie. O to to. I jeszcze chciała mnie zaciągnąć do niego siłą! Dopiero ostateczna broń kenderów tj. wiązanka niewybrednych przekleństw, których tu nie powtórzę, bo na samą myśl się rumienię, wyswobodziła mnie z tych żelaznych kleszczy (a słyszałem jak jeden chłopak mówił, że Silva ma takie delikatne dłonie i smukłe palce i jeszcze coś o alabastrze. Chyba mówił o kimś innym). Ach, no i u ojca Edwina był jakiś mężczyzna. W nocy! W jego komnacie.

Szczury były śmiertelnym niebezpieczeństwem. Atakowały w grupach, a gdy przeciwnik padał, to wciągały go w jakieś niedostępne miejsce, aby się z nim rozprawić. W taki sposób prawie śmiertelnie pogryzły Farina. Dla młokosów starcie okazało się trudne i dramatyczne zwłaszcza, że niektóre ciosy były nieporadne, a strzały bardziej niebezpieczne dla towarzyszy niż dla szczurów. Widać było brak tak potrzebnego w takich sytuacjach doświadczenia. Ukształtowanie terenu nie pomagało, ale koniec końców, gniazdo udało się przynajmniej tymczasowo wytępić. Tunel, który odnaleźli za ścianą, prowadził jednak nie tylko do gniazda. Jego część nosiła wyraźne ślady elfiego wzornictwa. Musiał pochodzić sprzed setek lat, kiedy jeszcze miasto i okolice należały do elfiego osadnictwa. Sklepienie korytarza podpierały rzeźbione filary ze źródłami światła w postaci chemiluminescencyjnych kryształów. Podejrzewam też magiczną naturę, choć nie wykryłam magii od tej strony, ale może to efekt jej niejednolitej kondensacji na obszarze. Musiałabym tam wrócić żeby się upewnić. Chyba że Yolo by mi pożyczył, bo wziął jeden na pamiątkę. Dodam tylko, że Silva samotnie poszła na zwiady i przyprowadziła ze sobą gromadę szczurów. Odważna dziewczyna!

Korytarz znajdywał zwieńczenie w postaci zamkniętych na głucho drzwi, za którymi maginka ustaliła silną magiczną emanację. Ta wyglądała na zagnieżdżoną, jakby coś było otoczone czymś. Pewnie chodziło o ochronę pomieszczenia, bo chłopaki znalazły pułapkę. Chodzić też musiało o jego gospodarza. W środku był grobowiec jakiejś elfki i zaraz pojawił się przed nimi je?j duch! Duch? Czemu mi nikt mnie nie ostrzegł? I trzeba powiedzieć tym paniom z grobowca, że tam jest duch, bo się biedaczki nerwicy jakiejś nabawią. W sumie to chyba już są chore, bo obie były zimne, jedna siedziała nieruchomo nawet wtedy, gdy pożyczałem sztylet, a druga nie dość, że była jakaś niewyraźna, to powtarzała tylko “czemuś to zrobił” i “czemuś”. Na pytanie “ale co?” nie dostałem odpowiedzi, więc wyszedłem. Nie lubię, gdy ktoś wyciąga w moją stronę ręce. To że jestem niski nie znaczy, że można mnie traktować jak dziecko.

Obecnie czekają na ojca Helbina, by im opowiedział nieco historii stojącej za przytułkiem. Czy raczej, leżącej pod nim. Yolo znalazł w grobowcu magiczny sztylet i jest ciekaw jego właściwości. Aby je zbadać, musiałabym najpierw znaleźć prawdziwą perłę. Tak, u Bidney’a są same perełki… Ej, to nasz sekret! Jak komuś wygadasz, to już Ci nic nigdy nie powiem Elinor! Nigdy!


Zielone – Elinor, czerwone – Yolo, w razie wątpliwości 😉 Postanowiliśmy pisać dragonowe aary razem z Adamem 🙂

Dragonlęs… Po przedłużającym się trochę, bezowocnym poszukiwaniu gracza do kompletu, ulitował się nad nami Adam, któremu życie pozwoliło wysupłać czas na równoległą kampanię. A zaraz potem team zasilił i Julian, czyli wszystko zostaje w… drużynie. ^^

Sam setting wydaje się bardzo oldschoolowy, co wiele osób lubi. To zapewne kwestia gustu. Na ile zdążyłam przejrzeć podręcznik, system ten w moich oczach jest miejscami nieco sztywniacki. Np zmiany w charakterze postaci witane karami do statów. Albo konieczność rozliczania potrójnego kalendarza lunarnego. No ale wszystko ma jakieś swoje ramy, więc łykamy i jedziemy. 😉 Na ten kalendarz już się czaję jak go zrobić. :3

Postacie losowaliśmy, nie przepadam za tym, ale czasem bywa zabawnie. Jednak zakompleksiona i zarozumiała magiczka, która mi wyszła, pasuje mi raczej do charakteru neutralnego, może nawet z ciągotami do praworządności, niż do jakiejś poczciwki dobrotliwki, której wymaga kampania. Póki co dałam jej neutralny dobry i zobaczymy co wyjdzie 😀

Mamy ciekawą drużynę. Półelfkę wychowaną przez wilki, krasnoluda wychowanego przez ludzi, kendera wychowanego… albo i niewychowanego, jak to kender 😉 Parę systemów ma takie wesołki, słyszałam o wietrzniakach i wiłach, takie kampanie zawsze są bardzo wesołe. Adam zdaje się odnajdywać w roli doskonale 😉 Tomasz oczywiście planuje już dla Kenaia „Małego Misia” builda woja-rangera-barba-rołga do 10 poziomu, więc zaangażowania też mu nie brakuje. Lucyna chyba będzie miała masę roboty jak wyruszymy w świat, bo jest naszą łowcą 😀 Póki co szacun za stawianie się przełożonym. A praworządny dobry krasnolud(ek) Juliana strofujący szkolnych chuliganów i kenderskiego złodzieja to klasyka sama w sobie 😉 Hm, do tego ja: krzywozęby kujon, który zjadł wszystkie rozumy i uważa, że odkrycie starożytnych tajemnic warte jest poświęcenia całej cywilizacji albo dwóch.

Sesja obfitowała w naturalne jedynki. Naliczyłam 10 ^^ a wcale nie była taka długa. Wszystko przed nami. Grało się bardzo przyjemnie. Po pierwszej sesji mamy pierwsze testy na stabilizację umierającego oraz magiczny przedmiot. Yay! Teraz tylko go zidentyfikować.

Łączymy życzenia wielkanocne, dużo dobrego! 🙂

Reklamy

2 myśli na temat “Smoczy Lans na dwa głosy, cz.1”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s