Smoczy Lans na dwa głosy, cz.2

Wydarzenia wczorajszego dnia, nocne szczurobicie i bliskie spotkanie z duchem elfki odbiło piętno na młodzieży, bo wczesna pobudka, normalnie i tak bolesna, była katorgą, zwłaszcza dla Yolo i Kenaia. Temu pierwszemu przyśnił się koszmar, który Farin przerwał brutalnie potrząsając kenderem, jakby był lalką, Zapamiętałem to sobie Farinie! A tego drugiego nie można było z wyra wyciągnąć wołami. Na szczęście Farin “przemówił” i Kenaiowi wrócił rozsądek. Mimo wszystko obaj spóźnili się na śniadanie i krasnoludowi dostało się chochlą po głowie. Hehehehehe! Przy śniadaniu nie działo się nic ciekawego, tylko czapka Farina również najadła się skwarek z kaszy. Hehehehe! Drużyna zauważyła brak Stama i jego ekipy. Nie było jednak czasu, ani na ustalenie powodu absencji, ani na wizytę u ojca Helbina, ponieważ prosto ze stołówki trafili do Edwina, który wezwał młodych i obdarzył misją, listem do Poszukiwacza Cedrika, pieniędzmi na nowego kota i zaufaniem. Mhm… zaufaniem, a jak chciałem potrzymać pieniądze (bo przecież nie zabrać!), to nagle okazało się, że “Ty Yolo tego nie dostaniesz”. Pfff… I jak ja mam dorosnąć, jak odmawia się mi wykonywania odpowiedzialnych zadań? Hę? No, a z bazy pod spiżarnią nici, bo ojciec Edwin kazał zamurować dziurę w ścianie. Eh…

Podekscytowani, uzbrojeni i dowodzeni przez Farina ruszyli w kierunku przeprawy promowej prowadzącej do Haven. Silva po drodze objaśniała co jest zjadliwe, co trujące, a co pomoże w opróżnieniu jelit. Zapamiętane. Niebo było czyste, pogoda piękna, słońce przyjemnie świeciło, wszystkim raźnie się podróżowało, tylko Silva co chwilę patrzyła zatroskana w górę i twierdziła, że za dwie godziny spadnie deszcz. No i wykrakała.

Oczywiście deszcz spadł, oczywiście w najgorszym momencie, gdy prom znajdywał się na środku rzeki, ale Kenai i Farin wyręczając źlebowe krasnoludy w ich pracy, pomogli kręcić kołem, dzięki czemu prom dobił do brzegu zanim porządnie się rozpadało. Te dziwne Krasnoludy były jakieś gupie. Nie musiały nic robić, tak czy siak dostały wypłatę, a pretensje miały takie, jakby ich właśnie kto obrabował. Niepotrzebne zamieszanie. Choć z drugiej strony, dzięki temu nikt nie zwrócił uwagi jak na burcie wyryłem kilka napisów TYM sztyletem. Co innego, gdy pożyczyłem lusterko od takiego starszego, brodatego pana. Wtedy Silva musiała mnie zobaczyć. MUSIAŁA. I nie dała się nabra…eee… nie chciała przyjąć prezentu, tylko odłożyła lusterko na miejsce. Poskarżyłem się Elinor, że Silva zabrała prezent, który miałem dla niej, ale nie było z tego draki. Nie rozumiem czemu…

W Haven przymusowy postój w karczmie na przeczekanie ulewy zakończył się niespodziewaną propozycją pracy, którą Farinowi i Kenaiowi złożył podejrzanie wyglądający jegomość, mianujący się Tuńczykiem. Bo tak śmierdział. Praca miała polegać na zaokrętowaniu się na pokładzie Morskiej Dziewoi, co Farinowi się spodobało i uznał za bardzo dobrą okazję wyrwania się z sierocińca. Elinor zakwestionowała intencje Tuńczyka uważając chyba, że nikt o normalnych zmysłach nie wziąłby na pokład takich żółtodziobów. Z drugiej strony marynarz nie chciał się zgodzić na wzięcie na pokład Yolo, co reszcie drużyny się nie spodobało i bronili go tłumacząc, że on nie jest taki jak inne kendery. Woooot?! Ostatecznie drużyna umówiła się, że jeżeli się zdecyduje, to przybędzie na drugi dzień na przystań i wyruszy w nieznane na pokładzie Morskiej Dziewoi. I Tuńczyk sobie poszedł. Razem ze swoim tuńczykowym zapachem…błe…

Śmierdzący, niedoszły, przyszły pracodawca nie był jedynym, który miał obiekcje dotyczące Yolo, który nieprzyzwyczajony do takiego traktowania stracił rezon (zapewne ku uciesze większości/całości drużyny). Zagadnięty na ulicy Poszukiwacz jako najbardziej prawdopodobne miejsce pobytu Cedrika wskazał Dom Rady i tam drużyna się udała i gdyby nie koń, który wyżarł pół brody zafascynowanemu Farinowi, to nie byłoby o czym mówić. Wielkiego, muskularnego i dzikiego ogiera okiełznać zdołała Silva.

W samym Domu Rady zaczęły się dziać dziwy. Gabinetu Poszukiwacza Cedrika pilnowało trzech poddenerwowanych, ściśle zakapturzonych ludzi, których nastawienie pozostawiało wiele do życzenia. Natychmiast naskoczyli na drużynę wypytując skąd są i po co przyszli. Przynajmniej nie tylko mnie traktowano tu jak gorszy sort. Gdy wreszcie zdecydowali się otworzyć drzwi, Eli i Farin zauważyli u jednego z nich łuskowate dłonie, jak u ryby, jaszczurki, u traszki, ale bardziej jaszczurki niż traszki. Rozmowa z Cedrikiem przebiegła dość osobliwie, bo okazało się, że ten Poszukiwacz sprzeniewierzył się wszelkim ideom, które przyświecały jego organizacji i dał Edwinowi jakąś propozycję nie do odrzucenia, którą ten odrzucił. I powiedział, że trzeba będzie ojcu Edwinowi powiedzieć to i owo, ale nam żadnej odpowiedzi przeznaczonej dla uszu naszego pryncypała nie przekazał, a przecież wracaliśmy do sierocińca. Gupek. I tylko uczepił się tego, że mamy kupić kota. Wyglądało na to, że strasznie go to ubawiło, a resztę drużyny ubodło. Dziwne, bo przecież po kota mieliśmy pójść.

Kota znalazł Kenai. Wielkiego, drapieżnego, wychowanego przez Rysie, albo inne Żbiki. Era szczurów w sierocińcu miała się niebawem zakończyć. Edwin przyjął drużynę zaraz po powrocie i uspokoił młode, rozgrzane głowy tłumacząc, że Poszukiwacze mają różne cele, że Cedrik wcale źle nie życzy ani sierocińcowi, ani samemu Edwinowi. Dostaliśmy nowe zadanie, aby poszukać Stama, który najwyraźniej tak mocno dostał w głowę, że nie potrafił znaleźć prostej drogi do Rorca i zgubił się w lesie. Myślałem, że pójdziemy natychmiast, ale najpierw poszliśmy w najnudniejsze miejsce na ziemi, do biblioteki Helbina.

Ojciec Helbin, ekscentryczny staruszek, który mógł być kiedyś najpotężniejszym magiem kontynentu lub najpotężniejszym magiem po tej stronie lasu, nikt tego nie wiedział. Jedno było pewne, był najnudniejszym nauczycielem, który w dodatku czepiał się jak ktoś czegoś nie wiedział. Mnie męczył o tabliczkę mnożenia, a Elinor o czary. Ja prawie trafiłem, a Eli no cóż… nie każdy prawie potrafi dobrze pomnożyć. Silva wygadała się, że pod spichlerzem jest grobowiec, a Helbin próbował wmówić mi, że nie należy nic z niego brać. Mnie nie przekonał, niestety reszta drużyny wydawała się go słuchać i presja związana z wyjawieniem sekretu o sztylecie wzrosła. Dobrze, że chociaż Elinor podzielała moją fascynację tym przedmiotem. A, i oprócz cegieł pojawi się tam magiczna ochrona. Nici z bazy… nici z bazy.

Chłopcy pięknie się zmyli i poszli spać, gdy biedna Elinor musiała odpowiadać na pytania o czary i naukę. Później udało jej się namówić Silvę, że należy wrócić do grobowca (!), ale same nie chciały tego robić, więc poszły obudzić resztę. Chwilę się sprzeczały, która wejdzie do męskiej sypialni. W końcu weszły obie, ale Silva za moment wybiegła. Biedaczka nie była zgorszona, oj nie. Ona była przerażona, bo zobaczyła coś, co widziała w swoim życiu tylko raz i to przez chwilę. Wtedy też uciekła. A był to duch elfki, który unosił się nad łóżkiem Yolo i szeptał mu do ucha same “przyjemne rzeczy”. Elinor obudziła Yolo, a duch znikł. Farinowe kazanie na temat kobiet w męskiej sypialni poprzedziło żywą dyskusję o nocnej wyprawie do grobowca. W końcu wszyscy dali się przekonać, Silva znalazła się w szafie z rondlami i po 10 minutach oczekiwania, aż Farin się ubierze wszyscy ruszyli do dziury pod spichlerzem.

Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Silva i Eli zdecydowały się wejść do grobowca, pojawił się duch, Farin i Kenai wzięli nogi za pas, a Yolo ciągle nagabywany przez widmo – “czemuś to zrobił ukochany” – wreszcie rzucił sztylet na ziemię. To nie powstrzymało ducha, więc sprawę i sztylet w swoje dłonie przejęła Silva chcąc odłożyć go na katafalk. Ta czynność również nie pomogła i duch zaatakował półelfkę, która padła zmrożona na ziemię. Elinor próbując ją wyciągnąć z grobowca i z zasięgu ducha, sama o mało nie oberwała, a Yolo nie wiedząc, że zjaw nie da się obrazić i zastraszyć, próbował zjawę obrazić i zastraszyć. Wtedy wrócił Farin i Kenai, którzy chyba zrozumieli, że ucieczka nie jest rozwiązaniem. Przebłysk geniuszu Kenaia uratował zapewne kilka istnień i dobrze zapowiadające się kariery (przynajmniej kilku osób). Sztylet przeleciał pół sali, wbił się w serce zjawy i zakończył jego cierpienie. Ostrze z brzękiem spadło na kamienną posadzkę, ale nie było chętnych, aby je zabrać. Nawet Yolo się powstrzymał.

Bo zobaczyłem coś ładniejszego – srebrne listki, które tak pięknie zdobiły sufit i ściany w grobowcu. I pewnie bym je wziął gdyby nie to, że kłótnia Farina z Silvą o to, czy te listki można zabrać była taka krótka, że krasnolud zdążył zwrócić się w moim kierunku. I znowu miał pretensje. Tym razem o to, że nic nie wiedział o sztylecie. No pewnie, będę mu mówił o wszystkich moich sprawach. Nie jestem głupi, przecież wiem, że się wtedy wkurza.

Wyczerpani, wrócili do łóżek z zamiarem rozpoczęcia poszukiwań Rorca z samego rana. Po śniadaniu!

Nie wiem co ja sobie myślałam. Przedwieczne ruiny, grobowiec, mroczna tajemnica, ukojenie uwiązanej do materialnego świata duszy… Ojciec Helbin powiedział, że wyposażenie grobowców bywa przeklęte. Cóż, że sztylet zmarłej nie odbierał zmysłów Yolo (chyba…), nie ranił go, nie osłabiał. Sztylet był jej przekleństwem, a nie naszym. W najbardziej potocznym, najbardziej bolesnym tego słowa znaczeniu. Została nim zdradziecko zabita przez kogoś, kogo kochała. Wróciliśmy do grobowca ostatniej nocy. Chciałam przyjrzeć się inskrypcjom zanim Edwin je zamuruje. Byłam ciekawa czy Silvy nie interesuje to z racji pochodzenia, a ona chętnie przystała na okazję przyjrzenia się elfim zabytkom. Koniec końców, duch elfki został unicestwiony przez Kenaia. Tym samym sztyletem, co jej ciało setki lat wcześniej. Tyle w kwestii pomocy jej duszy. Była taka piękna… Ona, jej otoczenie, magiczne światło, wieczne listowie nad miejscem jej spoczynku. Mam wrażenie, że coś zniszczyliśmy, nawet jeśli zakończyło to udrękę duszy elfki. Z drugiej strony, przepisałam wszystkie inskrypcje, a to chyba najważniejsze. To jakiś staroelfi, będę musiała znaleźć jakiś słownik albo tłumacza. Może i Farin ma rację z tym wyruszeniem w świat… Kto wie. Temat musi poczekać, Farin ma teraz focha, że weszłam do męskiego dormitorium.

Reklamy

9 myśli na temat “Smoczy Lans na dwa głosy, cz.2”

  1. Kenai jest po sesji zadowolony. Raz, że udało się wyciąć numer Yolo, podpowiadając mu ile to jest 3×5. Dwa dziewczyny były w męskim dormitorium, co jest zdecydowanie na plus, a Farina się czepia (nie wiadomo czego). Trzy hero of the day (night?), przynajmniej w swoim mniemaniu. Temat ducha udało się rozwiązać jednym ciosem, tadaaammm!
    I miałem na rękach Silvę.

    Polubione przez 1 osoba

      1. Jako gracz widziałem reakcję ducha na upuszczony sztylet. A potem pyknął min rzut na inta, czy to postać skojarzy i na spota, czy widzę gdzie położyliście sztylet. Rzut na atak też pyknął 😉

        Polubienie

  2. I nawet jej nie upusciles 😂

    No fakt, sie dzialo. Silva drugi raz spieprzyla przed duchem to potem zacisnela zeby… i prawie zle sie to skonczylo bo nie chciala walczyc, tylko pomoc. Echhh, to miekkie serce. Kiedys sie nauczy 😉

    Polubione przez 1 osoba

      1. Ano właśnie, mi się wydawało, że wróciliśmy do łóżek, aby bladym świtem rozpocząć poszukiwania Stama i jego osiłków. Coś mi się przywidziało?

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s