Smoczy Lans na dwa głosy, cz. 5

Próbując uciec przed pościgiem, zostawiliśmy płonące miasto po drugiej stronie rzeki . Siedzieliśmy wszyscy w szuwarach, trzy łodzie z kilkunastoma wojami dobijały do brzegu, a my szukaliśmy wyjścia z sytuacji. Pomysły na zgubienie pościgu pojawiały się jak grzyby po deszczu, niestety (najpierw) niezdecydowanie, a później marne wykonanie doprowadziły do tego, że pewna wiedźma niemalże odgryzła twarz Kenaiowi, ale ale… zacznijmy od początku.

Żołnierze zeszli na brzeg i zaczęli systematycznie przeszukiwać sitowie, szuwary, nabrzeże i pomost. Zbliżali się, więc w ruch poszedł pierwszy plan. Łódź została odepchnięta od brzegu, aby ścigający, albo chociaż część z nich podążyła za nią. Niestety jeden z zakapturzonych jegomości szybko przejrzał fortel i grupa pościgowa nadal składała się z 18 ludzi. Kenai rzucił się w pogoń za łodzią, aby ściągnąć ją z powrotem, ale dostrzegli to żołnierze na pomoście, mocno go ranili i zdarzyły się dwie rzeczy. Kenai poszedł na dno, a łódź popłynęła z silnym nurtem rzeki. Na odzyskanie łodzi było za późno, ale trzeba było ratować Kenaia, wiedzieliśmy jednak, że wypłynięcie z szuwarów to wystawienie się na ostrzał, dlatego Silva szybko dała nam słomki zrobione z trzciny. Farin protestował, bo wiedział, że zbroja ściągnie go na dno. Elinor nie protestowała, ale nie wzięła słomki, tylko rzuciła na siebie zaklęcie i zniknęła pod wodą. Po chwili dostrzegliśmy magiczkę holującą Kenaia. Niestety strażnicy też ich dostrzegli, dlatego zacząłem do nich strzelać. Silva też. Ratując tę dwójkę zdradziliśmy swoje pozycje i musieliśmy uciekać.

Silva pamiętała topografię okolicy – jedyną szansą na ucieczkę było brnięcie przez przybrzeżne zarośla w dół rzeki, aż do granicy  rozlewisk i bagniska. Kilka następnych godzin upłynęło na mozolnej podróży po pas po szyję w wodzie w akompaniamencie milionów komarów, które atakowały każdy skrawek odsłoniętej skóry. Ratunkiem przed latającymi krwiopijcami było zanurzenie i wystawienie się na pływających krwiopijców. To. Był. Jakiś. Koszmar. Naprawdę, cudowny świat dzikiej natury nadaje się tylko na komponenty… Farin z Silvą musieli mieć najsmaczniejszą krew, bo pijawki wybrały sobie ich za główny cel. Krasnolud początkowo zostawał w tyle, ale Elinor poczęstowała go swoim zaklęciem i to on potem musiał przystawać, aby poczekać na resztę drużyny.

Na granicy z bagniskami Silva oznajmiła, że Rorc ostrzegał ją przed tymi zdradliwymi terenami. Fałszywy krok mógł kosztować tu życie. Tak samo jak wyjście na trakt, bo raz po raz pojawiały się na nim patrole. Jeden nawet zatrzymał się tuż przy leżących w sitowiu uciekinierach, ale okazało się, że to żołnierz musiał udać się za potrzebą. I prawie obsikał Kenaia! Jednak dzięki temu poświęceniu usłyszał, że według rozkazów Verminarda mieli nas znaleźć i zawieźć do miasta. Tak samo jak dzieciaki z sierocińca. Polityka nowych władz Haven wydaje się dziwaczna. Po cóż mieliby odciągać od prac okolicznych wieśniaków, zwożąc ludzi do miasta?  Obawiam się, że szukają czerwonych wichrzycieli. Rorc jest w ogromnym niebezpieczeństwie. Tylko że ciągle podążamy w złym kierunku.

Wybór był prosty. Aby pomóc komukolwiek, należało pozostać przy życiu. Ucieczka traktem za dnia nie wchodziła w rachubę, dlatego pozostał jedyny kierunek – bagienne rozlewiska. Elinor ruszyła przodem i obierając sobie za cel najbliższą wyspę, oazę suchego lądu osłoniętą przez gałęzie płaczącej wierzby, powoli wyznaczała bezpieczną ścieżkę. Za pomocą kija i magii.

Obyci w leśnym życiu Kenai z Silvą wyjaśnili reszcie, że rozpalenie ogniska w niewielkiej niecce nie doprowadzi nikogo do kryjówki, a nawet jeżeli, to siedzenie w przemoczonych ubraniach byłoby gorsze niż walka z żołnierzami. Yolo może i by się pokłócił o wyższości śmierci z przemoczenia nad śmiercią z miecza, ale gdy tylko pojawiło się ciepło bijące od niewielkiego ogniska natychmiast porzucił buńczuczny ton, znalazł żabę i zaczął ją sobie opiekać. Reszta w milczeniu odpoczywała zastanawiając się co dalej. Ja to w ogóle dziwię się, w jaki sposób Silva rozpala ognisko na mokradłach bez pomocy magii. Jest niesamowita.

Stojący na strażach Farin usłyszał śpiew niosący się po bagnach, więc postanowił sprawdzić któż ma taki piękny głos. Zanim jednak ruszył sam na bagna, bez magicznego wsparcia, posiadając tylko ogólną wiedzę o niebezpieczeństwach czyhających na nieostrożnych wędrowców, mądrze postanowił podzielić się z kimś swoim planem. Z Yolo. Dwie minuty później obaj zostali zaatakowani przez gigantyczną żabę, co zaalarmowało resztę drużyny, nieświadomej jakim to mądrym czynem postanowił popisać się ich towarzysz. Yolo wrócił na wyspę i ukrył się w gałęziach wierzby. Farin mężnie stanął do walki, Kenai z Silvą również, ale nim walka zdołała rozgorzeć na dobre, to z Farinem stały się dwie rzeczy. Połknęła go żaba, a Elinor go powiększyła co niemalże rozerwało płaza, który spróbował ucieczki. Jednak śmiertelny cios Silvy zakończył jego żywot. I bagno oszalało.

Żaby zaczęły głośno rechotać i wyłazić w stronę wyspy. Wtedy też pojawił się Kumkacz Wielki, żabi król, który oskarżył drużynę o spowodowanie śmierci jego ukochanego zwierzątka. To fascynujące. Żaby używały narzędzi, próbowały artykułować proste słowa i miały króla. Jak w jakiejś bajce. Okropnej bajce, bo niestety były przeciw nam. Stwierdził również, że to co jest na bagnach jest jego własnością, więc uznał (próbującą z nim rozmawiać) Silvę i resztę za swój obiad. Farin chciał uratować sytuację dając królowi swoją rację żywnościową i jego plan zapewne by się powiódł, albo kupił reszcie czas na prawidłową reakcję, ale wtedy na scenę zdarzeń postanowił wejść Yolo i jego głupie żarty. Kender wziął do ręki kamień i udając, że również dzieli się swoją żywnością podał go żabiemu królowi. Ten się nabrał i zaczął dławić. Jaki Głupek! Zjadł kamień. No nie mogę! Król, sról. Taki ważny, taki mądry, a zeżarł kamień… Farin z Silvą rzucili się na ratunek Kumkaczowi. Krasnolud złapał go w pół, a półelfka wsadziła mu rękę w gardło. Po Sam Łokieć. Inni żabi wojownicy najwyraźniej źle zrozumieli intencje tej dwójki i rzucili się bronić swego króla. I znów, nim walka rozgorzała na dobre, to już się skończyła, bo Silvie udało się wyjąć kamień z żabiej gardzieli, a Farin poprosił o przebaczenie. Król w swej łaskawości nakazał krasnoludowi uklęknąć, co ten, ku uciesze płaza, uczynił. Poprowadzili nas potem do jakiejś “niej”. Początkowo byłem niechętny, tak jak pozostali, ale poczułem piękny zapach pieczonego chleba i wiedziałem, że nic złego nie może się nam stać. No bo czy ta tajemnicza “ona” mogłaby być jednocześnie złą osobą i wspaniałą kucharką? Gladys jakoś daje radę… W każdym razie, Farin znowu uratował nas wszystkich. Jest bywa taki mądry i opanowany. Zupełnie inny niż tamten jego krewniak z chaty Rorca. Mam nadzieję, że nie odbije mu z wiekiem jak tamtemu. Ale ta gotowość do błądzenia po bagnach za – słodkim, nie powiem – obcym głosem, to mnie zaskoczyło. 

Kenai całą drogę pyskował żabom, ale te były albo zbyt głupie, ale zbyt mądrę, aby reagować na jego zaczepki. W końcu oczom drużyny ukazała się mała chatka, a żaby niechętne iść dalej, jednoznacznie wskazały co należy zrobić. Przy wejściu do chatki stała piękna kobieta, jaśniejąca i emanująca energią. Przywitała wszystkich z imienia i… znała fakty z życia każdego z nas. Co w ogóle nie było dziwne i nie wzbudzało podejrzeń i z chęcią przyjęliśmy jej gościnę. Farin trochę był nieufny, ale dostał ciepłą strawę, kilka bezużytecznych informacji na temat swojego rodu i… pierwszy zasnął. Silva przejęła rolę sceptyka, nie chciała zasnąć, wypytywała o brakujące gwiazdozbiory i było tak ciekawie, że usnąłem… a chciałem poprosić Elinor o kolejne historie związane z magią. Ech.

Kenai obudził się w środku nocy i (jak to w dobrych horrorach bywa) wyszedł z chaty nie mówiąc o tym nikomu. Później obudził się Yolo i jak przystało na kendera, zaczął grzebać w cudzych rzeczach i wkładać palce w różne otwory i otwierać różne rzeczy. Ze skrzynią poszło łatwo, ale drzwiom się to nie spodobało, bo otworzyły szeroko ślepia, potem paszczę i chciały zjeść myszkującego intruza. Yolo zbudził wszystkich, Farin natychmiast stanął w obronie swego przyjaciela, Silva strzelała do drzwi, a Elinor podpaliła pochodnię, a następnie Farina. Krasnoludy ruszają się tak szybko… jeszcze chwil wcześniej go tam nie było, przysięgam. Strasznie kłopotliwa sytuacja, na szczęście się nie podpalił. Wszystko skończyło się szczęśliwie, choć drzwi, gdyby mogły mówić, pewnie by się nie zgodziły. Drzwi jednak nie mogły mówić, bo nie żyły. Bo zostały rozbite w drzazgi przez Silvę i Farina.

Za drzwiami było już mniej przytulnie niż we wcześniejszej części chaty, ale nie było tam Kenaia, którego brak drużyna stwierdziła chwilę wcześniej. Silva znalazła zejścia na dół, ale Farin martwiąc się o towarzysza, ruszył na zewnątrz. Nim zrobił jednak trzy kroki natknął się na gospodynię, która wycierając usta, tłumaczyła, że poszła szukać Kenaia, ale go nie znalazła. Krasnolud (nadal) nieufny ruszył jednak na poszukiwania, bo chyba usłyszał jakieś krzyki. To nie spodobało się gospodyni, ale nim zdołała cokolwiek zrobić to doskoczyła do niej Silva, Elinor zmieniła swoje piękne, smukłe, alabastrowe dłonie w pazurzaste piękne, smukłe, alabastrowe szpony, a Yolo stojąc za framugą ostrzeliwał wiedźmę. Piękna kobieta zamieniła się w szpetną wiedźmę i próbowała nas wszystkich pozabijać.  I pewnie by się to jej udało, gdyby nie my, nieznośne dzieciaki. Trochę obawiałam się wyskakiwać z tymi pazurami, czy aby odróżnią mnie od wiedźmy, ale dali radę, pewnie poznali po tunice od błota i glonów. Walka była trudna, bo babsko w pewnym momencie nawet zniknęło, ale w ostatecznym rozrachunku to my byliśmy górą i Silva zadała ostateczny cios. Farin odnalazł Kenaia, który leżał obok kotła z gotującą się wodą. Biedak był nieprzytomny, na ciele miał ślady jasno wskazujące, że jego cielesność została naruszona, a na twarzy miał ślady ugryzień. Farin nic nie mówił czy sam musiał Kenaiowi zakładać z powrotem spodnie, a ja nie pytałem. Nie chciałem wiedzieć, bo tak jak pewnych rzeczy nie da się odzobaczyć, tak pewnych nie da się odusłyszeć. Wróciliśmy do chaty sprawdzić co kryje się w pomieszczeniu pod chatynką wiedźmy. Tak, na pewno trzyma tam ciekawe komponenty!

Farin słyszał głosy dzieci, ale miałem ogromną nadzieję, że się przesłyszał.

 

Reklamy

3 myśli na temat “Smoczy Lans na dwa głosy, cz. 5”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s