Smoczy Lans na dwa głosy, cz.6

Pokonana wiedźma zamieniła się w śmierdzącą kałużę. Capiło, że ho ho. Wszyscy zakryli nosy i łzawiące oczy, tylko Yolo zaczął w niej (w tej kałuży znaczy się) grzebać patykiem mając przy tym mnóstwo uciechy. Farin ruszył w stronę chaty, aby jak najszybciej sprawdzić czy pod ziemią wiedźma faktycznie trzymała jakieś dzieci, natomiast Silva i Elinor zachęcane przez Kenaia udały się w stronę kotła, w którym to Kenai miał skończyć. Ekspertyza i rytuał magiczki jasno wskazał, że zawartość była magiczna, niestety nim zdołała dowiedzieć się czegoś więcej, Kenai użył swej całej siły, aby kocioł wywrócić i zawartość wyciekła do bagien. Elinor była zła, okoliczne żaby martwe, a Kenai chyba odetchnął z ulgą, bo bał się, że jakimś sposobem jego (coraz mniej) sekretna schadzka z wiedźmą się wyda. Ha! Jakby nie było widać wielkich czerwonych, nabrzmiałych śladów na jego twarzy. Wyglądał tak, jakby glonojad jakiś przyssał się do jego ust. Ha ha! Ciekawe czy gotowała ludzi. Może one robią zupę z facetów, jak w bajkach? Jakieś oczy tam pływały. Ale jak mogła gotować ludzi, skoro nikt tam nie przychodził. Może gotowała żaby? Trucizna miała efekt natychmiastowy na sporym obszarze. Kto wie czy złagodzony efekt nie sięgnie aż do okolicznych wód. Gdybym skończyła badanie, mogłabym wiedzieć jakich symptomów wypatrywać. Eh.

Po powrocie do chaty okazało się, że wnętrze z każdą mijającą minutą wyglądało coraz gorzej, tak jakby po śmierci wiedźmy zabrakło magicznego spoiwa. Symptomy nie napawały optymizmem, ale drużynie to nie przeszkodziło w penetracji dziury prowadzącej 3 może 4 metry w dół i po wstępnych oględzinach pierwszy (obwiązany liną i wyposażony w pochodnię) wszedł w nią Kenai. Nim jednak zdołał dostrzec czyhające niebezpieczeństwa skończyła się lina, więc zgodnie z wszelkimi prawidłami, reszta zeszła za nim. Potem zaczęły się dziać cuda i dziwy. Najpierw na głowę Kenaia spadła jakaś śluzowata postać i tę głowę chciała mu albo urwać, albo rozpuścić sokami trawiennymi. Nim jednak zdołała zrobić cokolwiek, została rozcięta na pół i zamiast, tak po ludzku, zginąć, podzieliła się na dwie części i zaczęła atakować naraz z dwóch stron. Jednak nie to zdziwiło resztę drużyny najbardziej. Na środku tej niewielkiej jaskini stała kurza stopa. Dom. Stał. Na. Kurzej. Stopie. Czy to było najdziwniejsze? Otóż nie, bo po tym, jak Kenai dostosował swój styl walki i zamiast ostrza, użył soczystych kopniaków, które szybko rozwaliły oba kisiele, Farin podszedł do kurzej łapki i szturchnął ją młotem, a ta najwyraźniej tego nie polubiła, bo zaczęła wygrzebywać się z ziemi chcąc najwyraźniej uciec. Sam chciałem to zrobić, ale krasnolud mnie wyprzedził. I to on może mówić, że pogonił dom, aż się kurzyło… Ech… Elinor zdążyła tylko zlokalizować magiczne przedmioty, w zasadzie to myślałam, że po części to aury jakichś przyczajonych kisielów, no ale nie będę się chwalić jak nie ma czym, ostrzegła Yolo przed pułapkami w stojącej w jednym kącie skrzyni, po czym zwalił się na nią sufit. Tak samo jak na większość drużyny. Chatka uciekła i chyba tylko dlatego nie podusiliśmy się tam wszyscy… ale to ja miewam głupie pomysły Farinie. Mhm…Silva ucierpiała najbardziej, bo zamiast uciekać rzuciła się razem ze mną w stronę skrzyni. Ja miałem trochę więcej szczęścia, a Silvę trzeba było odkopać, a potem ocucićSilva mnie zdumiała. Najpierw ma do mnie wyrzuty by nie ostrzegać Yolo przed magicznymi kuframi, bo ten od razu do nich poleci i napyta sobie biedy, a zaraz sama się z nim ściga, mimo że sufit wali im się na głowy. Ja to jeszcze sobie poradzę z przysypaniem, ale niektórzy powinni bardziej na siebie uważać. To była okropna chwila, chociaż z prespektywy czasu nie sposób się zastanowić. Czy dla czaru, który wymaga komponentu materialnego w postaci ptasiej łapy, kurza stopa z chaty wywołałaby jakieś mocniejsze lub ciekawsze efekty? Hmm.

I gdy wydawało się, że już wszystko się uspokoiło drużynę czekała kolejna niespodzianka w postaci skrzyni-mimika. Walka była nierówna, bo Elinor przysypała go ziemią, a reszta zadźgała na śmierć. W ramach wdzięczności mimik pozostawił po sobie sztylet, który wzbogacił kolekcję Yolo. I dopiero wtedy przygoda ze złą wiedźmą władczynią żabich wojowników, mieszkającą na moczarach w domku na kurzej stopce się zakończyła.

Pozostała z niej pamiątka, Bagiennyj Grymułar. Magiczna. Ciekawe jakie zaklęcia zawiera! Pewnie są plugawe, wymagają zupy z facetów i w ogóle nie zamierzam oczywiście używać takiej magii, bo i tak nie umiem gotować, ale wiedza jest wiedzą i postaram się co nieco odszyfrować. Powiedziałam pozostałym, że to książka o mieszkańcach bagien. Bo w sumie to też. Ale po co ich straszyć. 

Powrót nad rzekę nie miał już w sobie nic z magii. Był żmudny i nudny i trochę za długi, bo Kenai zgubił drogę. Dopiero para Elinor i kij pozwoliła drużynie stanąć suchą stopą na wysepce z wierzbą. Odpoczęliśmy, Elinor nie chciała jeść bagiennego szczura, ale zjadła bagienną rzepę, której nawet szczury nie dotykają. I weź zrozum magów… Ruszyliśmy w stronę traktu, a mnie wysłano na zwiad, abym sprawdził czy droga jest czysta. Droga była czysta, to znaczy było pełno śladów końskich kopyt, a w jednej koleinie zebrała się woda, a w niej były kijanki. Musiałem im pomóc, więc przeniosłem na trawę i zacząłem budować domek z liści. Zrywałem je z takich zielonych krzaków, w których kokony mają polne motyle. I jeden właśnie się wydostał. Taki piękny…

Farin niepokoił się o Yolo, reszta również, ale nim zdecydowali wyjść z szuwarów, pojawił się patrol, który najwyraźniej dostrzegł Yolo polującego na kuropatwy Bo ten motyl, to on poleciał dalej i wylądował na takiej pałce trzciny, a tam było gniazdo eee… nieważne. Na szczęście zgubili jego trop i ruszyli dalej traktem. To pozwoliło drużynie uciec do lasu. Niestety tak potrzebna chwila wytchnienia nie nadeszła. Przybity do drzewa znajomy krasnolud strasznie wył z bólu i prosił o ratunek i ten ratunek otrzymał. Niestety nikomu nie udało się złagodzić bólu, a na domiar złego zza drzew wychylił się strażnik. A ja go zabiłem. Jednym strzałem w krtań. To był młody chłopak, pewnie zbyt młody, aby pić z resztą swoich kompanów nieopodal i z tego powodu zginął. Okropnie się z tym czułem, ale w tamtym momencie dostałem taki zastrzyk adrenaliny, że ledwo wytrzymałem w bezruchu obserwując resztę żołnierzy, którzy przy ognisku rozpijali wysokoprocentowy, krasnoludzki trunek.

Nie nadaję się na wycieczki po lesie. Kiedy zobaczyliśmy tego kumpla Rorca, umęczonego, pomyślałam tylko, że trzeba pomóc. Nie pomyślałam, co ewidentnie wzięła pod uwagę reszta drużyny, że to może być pułapka. Kim trzeba być by zastawiać tak chore pułapki?! Yolo nas wszystkich wtedy uratował… Nie zawahał się ani jednej sekundy. To nieprawda, co mówią o kenderach. Że to wieczne dzieci i lekkoduchy. Przynajmniej ja nie chcę wierzyć, że dziecko mogło tak zadziałać. Albo że ktoś mógłby zrobić to z lekkim duchem. Ale nie wiem, co czas robi z ludźmi. Zwłaszcza czas, który nadchodził. O którym wszyscy mówili. 

Gdy wreszcie żołdacy upici w sztok się pospali, Farin, Yolo i Silva ich rozbroili, zabrali również konie, najpotrzebniejsze rzeczy, sprzęt kowalski krasnoluda, a Yolo narysował na ziemi kilka dziwnych run i znaków, które pamiętał chyba z jakiejś książki. Liczył, że przerazi to żołnierzy, a przynajmniej zmniejszy ochotę na pościg. Zwłaszcza kiedy pojawi się w okolicy plotka o chodzącej chatce. 

Nie było szans dotrzeć do domu Rorca, bo wszyscy padali z nóg, dlatego Silva znalazła jakieś dobre miejsce na odpoczynek. W objęcia snu zwyczajowo najszybciej wpadł Kenai, a Farin wziął zwyczajowo pierwszą wartę, którą spędził na pocieszaniu biednego Yolo, któremu spadł już poziom adrenaliny i ciężko przeżywał śmierć tamtego młodego strażnika. Ciemno było, jak to w nocy i pewnie tylko dlatego pod obóz niepostrzeżenie zakradł się Rorc i jego banici. Całe szczęście, że to był on, bo w innym wypadku byłoby po nas. Silva rzuciła się Rorcowi na szyję, ale ten po wysłuchaniu naszych opowieści ponownie zganił półelfkę za jej uczynki i ta ponownie się na łowcę obraziła. Trudny to związek uczennicy i mistrza. Rorc uwierzył w wiedźmę, hasający po bagnach domek na kurzej stopce, ale w smoka uwierzyć nie chciał. W końcu jednak przekonaliśmy go swoją prawdomównością.

Smok musiał poczekać. Najpierw należało wyswobodzić dzieciaki spod jarzma oprawców. Plan był prosty. Yolo miał zakraść się tam nocą i udając jedno z pojmanych dzieci rozpoznać teren i przekazać informacje o planowanej ucieczce. Rorc ze swoją bandą miał przeprowadzić pozorowany atak od frontu, a reszta drużyny miała spotkać się z Yolo i dziećmi i zaprowadzić je do jaskini pod spichlerzem, aby tam niesprawdzonym jeszcze korytarzem wypełnionym wodą wydostać się na powierzchnię, aby zgubić ewentualną pogoń. Yolo wyruszył, a dla reszty nastały długie godziny niepewności i oczekiwania. Silva ruszyła do lasu i tam znalazła wielkiego wilka, który nie dość, że jej nie zaatakował i nie próbował zeżreć, to jeszcze pozwolił się pogłaskać i postanowił do niej przyłączyć. Ciekawe co na to Rorc? Też jestem ciekawa co on podrzucał tym leśnym zwierzętom… A może wilk napił się wody z wiedźmim wywarem?

O świcie zaczął się atak. Rorc wykonał swoje zadanie. Yolo wykonał swoje. Farinowi, Kenaiowi, Elinor i Silvie już się nie powiodło, bo na ich drodze stanął Stam, który wykorzystał zawahanie i zaalarmował sierociniec. Na jego pojawienie zareagowali Yolo (który wcześniej widział, że Stam i jego przyboczni stali się okrutnymi narzędziami jaszczuroludzia) i Silva (która postanowiła usunąć przeszkodę w wykonaniu swojej misji). Yolo ciął jednego z przybocznych swoim sztyletem, a Silva bez skrupułów zabiła Stama. O co Farin, Kenai i Elinor mieli do niej ogromne pretensje, które musieli jednak odłożyć na później, bo życie dzieci było w tamtym momencie najważniejsze.

Stam był naszym bratem. Znienawidzonym, może, ale ponoć rodzeństwa się nie wybiera. Był jednym z nas. Trudno przejść nad jego trupem. Być może gdybym była bardziej wprawnym magiem, zamiast zabijania zdołałabym zamienić go w żabę, albo coś? Może wiedźmia księga coś o tym mówi. One podobno zamieniały w żaby.

Yolo nie widząc co dokładnie stało się ze Stamem zabrał dzieci i zbiegł z nimi na dziedziniec. Niestety na jego drodze stanął jaszczur i natychmiast zionął w jego stronę ogniem. Kender zamknął drzwi ratując dziatwę, ale sam nie uniknął ognia. Skoczył szybko w stronę jaszczura, ale nie potrafił mu zrobić swoim sztyletem większej krzywdy. W sukurs poszła mu Silva, potem Farin, a Elinor próbowała go “zdołować”. Kenai widząc czerwonoskórą jaszczurkę przypomniał sobie widok smoka, który tak go przeraził, że nie potrafił ruszyć nawet palcem i podczas tej walki był nieprzydatny. Jaszczur walczył, zionął ogniem, używał swojego szerokiego, zakrzywionego ostrza, ale ostatecznie padł, a żywot zakończył erupcją. Niczym wulkan i o mało co nas nie pozabijał. Plus był taki, że Kenai zabrał jego wielki, zakrzywiony miecz. Aby nie wpadł w niepowołane ręce oczywiście. Powiedziałabym, że on dopiero co wypadł z niepowołanych rąk… 

Potem już było spokojnie. Dzieciaki dały się poprowadzić do jaskini, stamtąd dzięki magii i umiejętności pływania, wyszły na powierzchnię i doprowadziliśmy je do chaty Rorca. Ufff… Pytanie tylko, co teraz? 

 

 

 

 

 

Reklamy

6 myśli na temat “Smoczy Lans na dwa głosy, cz.6”

  1. Nie napisaliście o pierwszym rekonesansie Yolo po Domu. A zamiast jaszczura bym trzymał się określenia Smokowiec, albo jaszczuroczłek, bo z opisu w pierwszej chwili wynika, że to smok 🙂

    I poproszę o uwagi i feedback z sesji ;P

    Polubienie

  2. Sesja jak zwykle naładowana akcją, ale były też momenty na zadumę nad własnymi czynami i mimo, iż idzie nam to raczej koślawo (dialogi Farina z Yolo na temat zabijania nie nadawałyby się do Drogi Królów), to jednak wnoszą głębię postaci. Nadal nie jest łatwo odgrywać postaci, która z jednej strony jest niewinnym dzieciakiem, a z drugiej potrafi na wiele sposobów pozbawić przeciwnika życia. Wcześniejsze doświadczenia z różnych sesji i systemów również nie pomagają (ot choćby postacie psychopaty Kruka i eee… psychopaty Garaka, którzy ze śmiercią przeciwników problemu nie mają 😀 ). Mam też wrażenie, że już dawno nie graliśmy całkowicie dobrymi postaciami, bo czasem wyłazi pragmatyzm gracza, a nie dobro postaci, ale nie ma co się przejmować…. zaraz Conan 😀
    Do MG: Daj. Bossom. Obstawę. Proszę. Wiedźma z wielkimi ropuchami, żaboidalnymi wojami otoczona chwytającym bluszczem nie musiałaby umierać w drugiej czy trzeciej rundzie, a sama walka mogłaby trafić do galerii walk wartych zapamiętania. (rzadko pamięta się walki trwające rundę – chyba, że trafi się Ork-boss na szczycie wieży, który nim skończy swój monolog złoczyńcy zostaje zaszlachtowany. 🙂
    Poza tym jest super. Świat fantasy wylewa się hektolitrami z opisów i przygód. Jest główny zły, jest smok, jest quest ratowania najbliższych, (były szczury w piwnicy!). Jeszcze tylko tylko brakuje półnagich mężczyzn w wyzywających pozach… eee… nie ten wątek. KUTGW 😀

    Polubione przez 1 osoba

    1. Obiecuję, że następni przeciwnicy będą odpowiednio mocniejsi i ich poczujecie bardziej. Przepraszam za za niski poziom wyzwań. Będzie tak bolało jak tylko może boleć.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s