Smoczy Lans na dwa głosy, cz.7

Bohaterowie wyczerpani nocnymi wydarzeniami przysiedli na skraju lasu, aby chwilę odsapnąć, a że pomocnicy Rorca poprowadzili dzieciaki w bezpieczne miejsce, to należało przemyśleć co do tej pory się wydarzyło i co dalej czynić. Temat zabicia Stama, który siłą rzeczy został odłożony na później, wrócił ze zdwojoną siłą. Farin i Kenai byli najbardziej oburzeni czynem Silvy, a ta zdawała się nie rozumieć toku rozumowania reprezentowanego przez krasnoluda i człowieka niewiele wyższego od krasnoluda. Yolo nie brał udziału w dyskusji, zajęty był poznawaniem się z wilkiem Silvy. Chciałem go nazwać Fajtłapek, ale okazało się, że to wilk Silvy i ma już imię… i tak go będę tak nazywał, gdy Silva nie będzie słyszeć. Wilk to prawdziwy słodziak, wariat i świetny kompan do psot, szkoda, że Silva go przywołała i zabawa się skończyła. Ojej, serio? znowu się dałam nabrać Yolo i wilk nazywa się inaczej? Ale on chyba i tak nie rozumie co się do niego mówi. To znaczy wilk, nie Yolo. Zresztą, to ma być wilk? Nie żebym znała się na wilkach, ale czy one nie są jakby… trzy do trzy przecinek osiem raza mniejsze?

Farin w końcu stwierdził, że trzeba uradzić co dalej, ale nie można stać na widoku i znalazł drzewo, którego konary dawały odpowiednią kryjówkę, a gałęzie nadawały się na punkt obserwacyjny. Yolo szybko wskoczył do góry, ale nim zdołał sprawdzić czy trakt jest czysty, to został złapany za fraki przez rozgniewane drzewo, któremu to zaczął łazić po nosie. Konsternacja drużyny była na tyle duża, że drzewo wreszcie się odezwało i zaczęło tłumaczyć, że to nie wypada łazić po kimś bez pytania. Las zdecydowanie mnie przerasta… Do tego wspomniało, że znało kiedyś pewnego kendera, który ukradł mu żołędzie. Pierwszy szok minął i każdy z drużyny zaczął tłumaczyć się (i innych), że nie mieli złych zamiarów, że jeszcze przed chwilą nie wiedzieli, że drzewa potrafią mówić, gdyby wiedzieli, to by nie wpuścili Yolo na górę, a w ogóle to uciekają przed złymi ludźmi, którzy mają smoka… albo smok ma ich. Na te wieści Drzewo, które do tego momentu udzielało różnych, raczej enigmatycznych, acz przyjaznych odpowiedzi, zmieniło nastawienie i po wyjęciu konarów z ziemi zaczęło uciekać. Silva rzuciła się za nim w pogoń, ale poza radą ucieczki przed smokiem, niczego już nie wskórała. Sama pogoń trwałaby i może dłużej, ale na domiar złego na trakcie pojawiło się sześciu strażników wiozących trzech rannych towarzyszy, co uzmysłowiło wszystkim że trzeba podjąć jakąś decyzję. Mimo wielu różnych pomysłów i drobnych kłamstewek Yolo, że podczas swoich przeszpiegów słyszał głosy uwięzionych dorosłych, wygrała opcja powrotu do chaty Rorca.

Rorc z kamienną twarzą słuchał sprawozdania Farina, który nie miał w zwyczaju zatajania nawet niewygodnej prawdy, więc Silva znowu wysłuchała kazania Rorca, który był coraz bardziej zawiedziony jej postawą. Półelfka wyszła z chaty strasznie zirytowana i trzasnęła drzwiami tak, że te niemalże wypadły z zawiasów. Kenai wspomniał, że szkoda mu Stama, bo już nigdy nie obije mu mordy, na co Rorc zareagował kazaniem, że nie czas już na szczeniackie wybryki. Kenai przyjął burę bardziej honorowo. Pod nieobecność Silvy udało nam się ustalić kilka faktów. Po pierwsze, przyznałem się, że nie słyszałem głosów uwięzionych dorosłych. Po drugie, wizyta w sierocińcu była zbyt niebezpieczna. Po trzecie, Rorc dowiedział się, że dorosłych z sierocińca przeniesiono do twierdzy i że zna kogoś kto zna kogoś, kto mógłby nam pomóc, ale zabronił używania swego imienia w rozmowie z tym jegomościem. Po czwarte, wizyta w obleganym mieście nie była zbyt niebezpieczna.

To było dziwne. Yolo najpierw twierdził że słyszał jakieś wołania. Potem zaczął się wycofywać, pewnie by nas zniechęcić do pakowania się w niebezpieczeństwo. Ale Rorc powiedział że większość dorosłych wypędzono, a Helbina dołączono do pozostałych Poszukiwaczy. Więc nie wiem co takiego mógł słyszeć wtedy Yolo. Co jest z tymi ludźmi, że słyszą ostatnio głosy ludzi których nie ma?

Plan, jak zwykle, był prosty i uwzględniał minimalne ryzyko. Przeprawę przez rzekę czółnem oddalonym jakieś 2-3 kilometry od przeprawy promowej, wejście do miasta przez kanały ściekowe i udanie się pod wskazany przez Rorca adres. Łatwizna, plan którego nie dało się zepsuć, zepsuliśmy.

Sama przeprawa przez rzekę poszła gładko, mimo patroli, które pilnowały brzegów i głównego nurtu. Noc była tu sprzymierzeńcem. Wejście do kanałów ściekowych też nie przysporzyło problemów, choć przez moment przeszkodą był sposób pozbycia się łańcucha zamykającego kratę. Zerwać? Zamienić w drzewo i złamać? Otworzyć zamek? Mieliśmy tyle możliwości, ale jakimś cudem się udało.

Kanały, no cóż, śmierdziały kupą, a pokryte szlamem dno, po którym płynęła niespiesznie rzeczka ekskrementów z pewnością nie dodawała temu miejscu uroku. Dobrze, że nie założyłem moich zamszowych butów! Fuj, było tego tak dużo, że nawet nie chciało się wysilać na magiczne czyszczenie. Smród i tak ciągnął się dopływami.

Do ciemności i zapachu dało się przyzwyczaić, do pająkopodobnego człowieka próbującego wstrzyknąć swój jad, już nie. Może gdyby został dłużej? uh, nie. Dlatego mimo początkowych trudności, pajęczak padł, a jego nienarodzone potomstwo skończyło pod butami dzielnych bohaterów. One tak żałośnie piszczały, dobrze, że schowałem jedno ja… ekhm… I poszliśmy dalej, drabinka, o której wspomniał Rorc była na swoim miejscu, więc drużyna wysłała mnie na zwiady. Wyjście znajdowało się tuż przy karczmie pełnej pijanych ludzi i smokowców. Byłem pewien, że są tak pijani, że mnie nie zobaczą. Myliłem się i zostałem zaprzęgnięty do roboty. Siedzący na zewnątrz smokowiec rozkazał sobie przynieść piwo od karczmarza, co też uczyniłem. Powstrzymałem się przed pluciem do dzbana, ale szybko tego pożałowałem, bo ten niegodziwiec kopnął mnie z całej siły w żebra. Powiedziałem mu co o nim myślę i się zaczęło…

Yolo obraził smokowca i zaczęli morderczy taniec. Czerwonoskóry niezdarnie próbował trafić kendera, a ten omijając jego niemrawe ruchy raz po raz zadawał ciosy. Reszta drużyny wydostała się z kanałów i widząc, że mały kender zaprzestał walki i ukrył się za beczkami przed nadciągającym oddziałem straży, próbowała zbiec z miejsca zdarzenia. I pewnie ucieczka by się udała, gdyby nie Silva, która nieprzyzwyczajona do śliskiego, miejskiego bruku, wyłożyła się jak długa. Dopadł do niej dowódca straży i próbował na nią nastawać. To nie spodobało się Kenaiowi i Farinowi, którzy wrócili pomóc półelfce. Walka przeniosła się do zaułka, tam zginęło pięciu strażników, a dowódca uciekł przerażony stylem walki Kenaia. Otrząsnął się jednak, wezwał posiłki, które bohatersko ruszyły w pogoń, ale minęły miejsce ukrycia drużyny. Sam dowódca nie dał się tak łatwo wymanewrować, zajrzał do zaułka i znalazł tam swoją śmierć. Celne strzały Silvy i Yolo pozbawiły go życia. Farin zaciągnął go w ciemniejsze miejsce i chciał odprawić nad nim modły. Miał rację. To bardzo nie tak, zabijać strażników na służbie. To znaczy po godzinach też. I to w ciemnym zaułku. Bardzo nie tak. Mam wrażenie, że staczamy się gdzieś, z dnia na dzień coraz szybciej. Co by pomyśleli moi rodzice? Powagi sytuacji nie dodawał z pewnością Kenai, który w tym czasie ograbił zwłoki z pancerza, który założył na siebie.

Dotarliśmy wreszcie do znajomego Rorca. Znów mieliśmy plan. Ja zakradałem się od tyłu, a Kenai miał grać rolę dowódcy straży. Mnie wydały strażnicze gęsi, które mnie nie polubiły, a Kenaia Farin lub Silva, którzy powiedzieli powolnemu na umyśle synowi gospodarza, że nie jesteśmy ze straży. Ach, jak dobrze mieć plan.

Były klucznik z więzienia nie był skory do pomocy, ale zdradził pewne sekrety twierdzy po tym, jak Yolo ofiarował mu świecący kamień z elfiego grobowca. Miał rację, jak mówił że kamień może się przydać. Ach, Yolo i jego patrzenie w przyszłość. Rzadka umiejętność, naprawdę. Z początku brzmiało to nieźle, bo opowiedział o sposobie, w jaki uciekli z twierdzy pewnie więźniowie, którzy wykuli dziurę w ścianie północno-wchodniej wieży. Niestety okazało się, że nie dość, że dziurę zamurowano, to uciekinierzy wykonali ją w wewnętrznej ścianie i mogli się przez nią wydostać jedynie na dziedziniec. Nie chciałem pytać czy ucieczka ostatecznie się udała, wolałem mieć nadzieję…

Uciekli do wewnątrz. Co za bzdura, nikt tego nawet nie skomentował bo wszystkim odjęło mowę.

Drużynie nie pozostało nic innego, jak znalezienie punktu obserwacyjnego i zaplanowanie tajemnej wizyty w warowni, którą zakończyłaby zuchwała ucieczka z więźniami. A problemów do rozwiązania było kilka. Wysokie mury, regularne patrole, brama przez którą wpuszczano nielicznych, cztery ogry pilnujące więźniów, nieznany stan w jakim znajdowali się pojmani, a także fakt, że gdzieś tam był smok, który mógł zechcieć wrócić w najmniej odpowiednim momencie. Na domiar złego niedomagający na umyśle syn byłego strażnika więziennego postanowił wydać nas straży i mimo, iż nasza kryjówka pozostawała bezpieczna, to chodzenie po mieście takie już nie było. Musieliśmy się mieć na baczności…

_______________________________________________________________________________________________________

1.Nie pamiętam czy strażnicy byli przed akcją z drzewem czy po i czy drzewo dało nam jakieś cenne informacje. Jeżeli ktoś coś pamięta to proszę.

2.Tak samo przy wychodzeniu z kanałów. Czy walka zaczęła się po ucieczce do zaułka czy przed i tam się przeniosła?

3. Planów wejścia do twierdzy nie opisywałem, bo było tego sporo. Chyba tylko podkopu nie planowaliśmy 🙂

4. Sesja początkowo nie mogła nabrać tempa, ale to pewnie dlatego, że zupełnie nie mieliśmy konceptu co dalej. Mieliśmy zbyt mało danych i zbyt dużo pomysłów – że wymienię atak na sierociniec, 2-tygodniową podróż do miasteczka, w którym jest jakiś krasnolud, który mógłby pomóc, podróż do miasta, aby zorientować się w sytuacji, przesłuchanie poszukiwacza Cedrica, włamanie do jego biura itp.

5. Co do całej sytuacji ze smokiem i smokowacami to nadal nic nie wiadomo. I fajnie, choć przydałoby się dowiedzieć czy zaczęli podbój świata od naszego Haven czy np. już są na całym kontynencie. Statek z ich banderą dumnie powiewającą na wietrze, stoi w porcie. Pytanie czy wywiesili ją dopiero tu, czy sobie płynęli nie próbując ukryć swojego pochodzenia.

6. 4 poziom coraz bliżej 🙂

Reklamy

3 myśli na temat “Smoczy Lans na dwa głosy, cz.7”

  1. Walka zaczęła się przed karczmą, zanim uciekliśmy do zaułka. Dowódca (wcześniej wystraszony przez Kenaia) szukał nas tam i dostał w głowę. A my uciekliśmy dalej.

    Tak, zawaliliśmy tę sesję jako gracze. Z drugiej strony trudno utrzymywać dynamikę na etapie takim jak rozdroża, bo na nim się właśnie znaleźliśmy. Ale grało się ok.

    Polubienie

    1. Walka zaczęła się od Yolo i smokowca, wtedy wyleźliśmy i ponieważ nie wyszły nam rzuty na ukrywanie się zauważył nas oddzialik straży. Wobec tego zaczęliśmy uciekać i przy rzucie na atletykę Silvie wypadła jedynka. Przewróciła się i leżącą miał zaatakować dowódca oddziału – wtedy reszta uciekinierów się wmieszała. Mi się udał manewr, w wyniku którego dowódca się przeraził (i uciekł), zaś resztę żołnierzy ubiliśmy (choć Kenai starał się uniknąć zabijania, ale i tak nie wyszło). Do tego czasu dowódca zdołał skrzyknąć więcej ludzi i ruszyli za nami w pogoń. Schowaliśmy się w zaułku – żołnierze nas nie zauważyli, ale idący z tyłu dowódca już tak. Zajrzał w uliczkę i tym samym sprowadził na siebie śmierć.

      Jeszcze pominięte zostało wydanie nas przez tępego eks zarządcy więzienia, który wysłał za nami synalka, aby nas śledził. Jego zgubiliśmy, więc i z donosu nici 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s