Smoczy Lans na dwa głosy, cz.10

Dziadek Fizban tajemniczym człowiekiem był. I mimo, że drużyna nagabywała go i próbowała podejść z różnych stron, to dowiedziała się niewiele ponad to, co już wiedziała lub się domyślała. A brzmiało to jakoś tak:

  • Tak, jestem magiem
  • Tak, wyszedłem z lochów dzięki magii
  • Nie, nie pamiętam czemu tam siedziałem
  • Tak, gwiazd nie ma, bo to było mieszkanie bogów
  • Hooo, nadchodzą cięężkie czaasyyy! 
  • Nie, bogów tam już nie ma
  • Tak, bogowie są między nami
  • Nie, jeszcze nie czas na zabicie smoka
  • Tak Yolo, widziałem jak zrobiłeś sześć kaczek

Dopiero pytany o Takhizis ożywił się i zaczął opowiadać jaka to z niej zła osoba, kapryśna i okrutna. No, wypisz wymaluj książkowy przykład syndromu drugiego dziecka. Widząc, że solidnie nastraszył część swoich rozmówców, Fizban zmienił narrację i opowiedział o sile nadziei, o tym, że celem drużyny jest pokazanie drogi pozostałym, aby w tych złych czasach mogli znaleźć pokrzepienie. Po czym kulturalnie się pożegnał i znikł pozostawiając wszystkich w niezłej konsternacji. A chwilę wcześniej dał Elinor notatnik! Tak, z początku myślałam że to książka kucharska, albo jakaś sugestia że powinnam prowadzić jakąś kronikę, bo przecież to Trudne Czasy, o czym słyszymy co dnia po dwa razy, i warto być może wszystko uwieczniać. Ale to nie jest księga kucharska. Chociaż ciekawe co powiedziałaby na taką insynuację, haha. 

Narada przerodziła się w coś, co można nazwać kłótnią. Yolo przypomniał, że ojcowie zostali w twierdzy, Kenai opowiedział o tym, co usłyszał od ojca Edwina, a Elinor zdenerwowała się na tę dwójkę, za to, że nie poradzili się jej, jak sobie poradzić z prawie nieżywym ojcem Helbinem. Bolały mnie te oskarżenia, aż zapiekły mnie końcówki uszu. Och, muszę znaleźć sposób, aby przekonać Eli, że zrobiłem co było w mojej mocy i gdybyśmy nie uciekli, to skończylibyśmy marnie. Muszę się jakoś wykazać…

Mogłam nas ukryć. Choć może i byśmy nie zdążyli. Tego już się nie dowiemy. Mieliśmy ciężko rannych. Mimo poratowania Farina, nie potrafiłam pomóc Silvie. Być może nie powinnam zakładać, że potrafiłbym pomóc Helbinowi… albo komukolwiek. Trudno jest przyjąć do wiadomości, że pomóc się nie dało, że taki ktoś jak on, ktoś kto był filarem, został sprowadzony do posadzki i złamany, zadręczony do utraty świadomości przez to ohydne półelfie wynaturzenie ciekawe magii. Dlaczego ono nie wzięło się przez ten cały czas za Fizbana? Wszystko to nie może być prawdą. Yolo się myli.

Drużyna uzbrojona w zdobyczne miecze, pałki i prowizoryczne tarcze ruszyła w stronę sierocińca mając nadzieję, że dyndający na szyi Kenaia klucz będzie pasował do dziurki i da wszystkim nadzieję. W połowie drogi zastała nas noc i gdyby nie śmieszna książka Elinor, to nie byłoby o czym mówić. Nasza magiczka chciała zanotować coś w na pozór pustej księdze, a ta nie dość, że nie pozwoliła na to, to jeszcze zaczęła zadawać pytania i obruszała się na braki w wiedzy, wykształceniu i inteligencji rozmówcy. 1:0 dla księgi. Na razie.

Był bardzo nadąsany, że piszę po nim patykiem z ogniska, dlatego się tak ciskał. Cóż, ja też mogę być nadąsana, za nazywanie mnie żabą i przygłupem. Arogancki typ. Jak na notes, oczywiście. Chociaż kiedy Farin chciał mi pomóc, wystraszyłam się że go rozerwie. W sensie notes, nie Farina. Wojak oberwał serią kart. Hm. Notes nie wydaje się chudszy. I chyba to kolejny wielbiciel pana Fizbana. 

Nie wiem co to. Mianuje siebie magiem, jednocześnie zdając sobie sprawę, że jest książką. Dał się w końcu udobruchać prawdziwym atramentem i piórem. Nie jestem pewna czy mam ją zapełniać, czy też dalej próbować dyskutować. Zamierzam umieścić tam kilka zaklęć, bo nie mam gdzie. 

Sierociniec wyglądał trochę złowieszczo. Pusty, cichy, spowity gęstą, poranną mgłą. Doświadczenie podpowiadało, że najlepiej w takich wypadkach działać z głową, systematycznie i cicho, a zwłaszcza nie rozdzielać się. Dlatego po kilku minutach Kenai z Farinem siedzieli w kuźni, Yolo w kuchni, a Elinor w bibliotece. Na szczęście wrogowie opuścili przybytek, niestety niewiele po sobie zostawiając. Jedynie Elinor była zadowolona, bo wyniosła na plac dziesiątki setki, tysiące, pierdyliardy książek i ochoczo zaczęła wszystkim przydzielać je pozostałym członkom drużyny. Kenai z Yolo, chyba z poczucia winy, wzięli ich najwięcej. Silva nie dostała żadnej po tym, jak wspomniała, że książki są najlepsze w formie podpałki. Jej przydziałem podzielili się… No kurde, nie zgadniecie…

Gdy już było wiadomo, że bezpośredniego zagrożenia nie ma, a w kuchni nie ma ciastek pozostało sprawdzenie czy świecący klucz od ojca Edwina faktycznie otwiera drzwi, które były największą tajemnicą dzieciństwa całych rzeszy dzieciaków. Jakież niestworzone historie na ten temat się pojawiały. A teraz wszystko miało się wyjaśnić. Zamek nie stawiał oporu, solidne kamienne drzwi również i oczom Kenaia i spółki ukazała się kaplica, na środku której stał ołtarz. Najdziwniejsze w niej były witraże, bo nie dość, że nie miały logicznego powodu, aby tam się znajdować, to jeszcze przepuszczały światło słoneczne. I to wszystko w pomieszczeniu, w którym nie było ścian zewnętrznych.

Silva przeczytała imiona na witrażach. Były to imiona (i wizerunki) bogów. Na ołtarzu znajdowała się mapa sporządzona na solidnym kawałku blachy, ale świat tam przedstawiony, mimo, iż w jakimś stopniu znajomy, to jednak całkiem obcy. Ci bardziej uważający na lekcjach opowiedzieli tym mniej uważającym, że jest to obraz świata sprzed kataklizmu. Yolo i tym razem nie słuchał, bo był zajęty przeszukiwaniem wszelkich zakamarków i w sumie chwała mu za to, bo odkrył zwój opisujący (jak się później dzięki Elinor okazało) pewien rytuał. Silvie strasznie się spodobał ten kawałek papieru a wcześniej mówiła coś o paleniu książek i natychmiast przystąpiła do wykonywania wskazówek na nim zapisanych. Było to rzeczywiście dziwaczne, ale może chociaż rzeczy o elfim pochodzeniu rozpalają jej ciekawość. Jeśli tak, to poniesie książki o ich historii. Nim ktokolwiek zdołał zareagować (zwłaszcza Farin i Elinor, którzy próbowali współpracować przy rozszyfrowywaniu zagadki), z sufitu urwał się kawał świecącego kamienia i wylądował na ołtarzu przy okazji turbując lekko tych, którzy na tymże ołtarzu siedzieli. Yolo chwycił kamień i nagle zrobiło się ciemno. Światło z witraży przygasło, kamień przestał świecić,  Yolo zaczął tłumaczyć, że to nie on, a reszta nie chciała mu uwierzyć. Ale tym razem to nie mały kender był sprawcą zamieszania. To Verminard przybył odebrać drużynie kamień, którego same nie mógł dosięgnąć. Uknuł więc sieć intryg i kłamstw. Manipulował, mordował i robił wszystkie inne plugawe rzeczy, aby położyć łapę na kamieniu. A wiemy to stąd, że nam powiedział. I pierwszy raz w moim krótkim życiu miałem ochotę czyjeś słowa zebrać i wepchnąć z powrotem do jego gardła. Jednak miałem w ręku kamień i musiałem go gdzieś ukryć, dlatego dałem susa w bok i schowałem się we mgle.

No dobrze, jednak jest Aż Taki zły. Na szczęście Yolo ma głowę na karku i wie co najważniejsze, więc uciekł z kamieniem. Choć jak się okazało, nie na długo.

Rozpoczęła się walka pyszałkowatego Verminarda z dzielnymi sługami dobra. Walka nierówna i z góry skazana na porażkę. Mag był potężnym przeciwnikiem, ciskał czarami, wstrzymywał przeciwników, oślepiał i wysysał z nich energię nekrotyczną maczugą. Farin, Silva i Kenai rzucili się na Verimanrda, Yolo atakował z doskoku, ale ich ciosy nie były w stanie zrobić większej krzywdy bardzo opancerzonemu przeciwnikowi. Dość szybko zorientowaliśmy się, że walka nie ma sensu, dlatego wszyscy po kolei zaczęli krzyczeć, aby reszta się wycofała. Heroizm lał się strumieniami. Niestety głupota też, bo nikt nie słuchał rad i nie chciał odstąpić od walki. Większość miała chyba życzenie śmierci. Pytanie tylko, czemu?

Sprawa była dosyć prosta: wymknąć się razem, jak wszyscy (unieruchamiani zwykle przez Verminarda starcie) będą mogli wreszcie stać na nogach. Problem w tym, że zawsze ktoś zostawał pod jego władzą. Nie mogliśmy nikogo zostawić. Aż w końcu nadarzyła się wypatrywana okazja. Ale. Niektórzy mieli lepszy pomysł…

Ostatecznie to Silva została przy Verminardzie zamiast uciekać, więc Farin wrócił po łowczynię. Było jednak za późno, bo oboje zostali zatrzymani przez złego maga. Yolo próbował negocjować, ale nic z tego nie wyszło, bo przeciwnik miał więcej atutów, ot choćby, stanął na głowie Silvy i zagroził, że ją rozdepcze. Uciekaliśmy wtedy z Kenaiem, ale musiałam zawrócić. Nie miałam żadnej mądrej odpowiedzi na pytanie co zamierzam zrobić, bo oczywiste było, jak niewiele możemy. Ale Silva miała przypłacić życiem swój upór, a ja miałam już dosyć zostawiania za sobą bliskich na pastwę takich plugawców. Jedyne co uzyskał kender, to czas, aby Elinor doszła do siebie, która była już chyba wściekła, bo wyczarowała sobie szpony i rzuciła się z nimi na wroga. Dało to Farinowi czas na odciągnięcie nieprzytomnej Silvy. Wszyscy chcieli podjąć próbę ucieczki z pola walki. Niestety Verminard nie chciał rozstawać się z kamieniem i cisnął potężnym czarem, który trafił w (nieprzytomną już) Silvę i ją… zabił. Szok, zaskoczenie, załamanie, gniew, furia, strach i jeszcze wiele innych emocji pojawiło się w sercach pozostałych przy życiu członków drużyny, którzy porzucili resztki logicznego myślenia i ruszyli na przeciwnika z zamiarem pomszczenia śmierci towarzyszki i wymierzenia kary Verminardowi.

Mag początkowo bronił się bez problemu, ale zaczął uginąć się pod naporem furii i siły przyjaźni. Raz za razem trafiał go młot Farina, miecz Kenaia, sztylet Yolo i magi Elinor. I wtedy ten wstrętny okrutnik i plugawy niegodziwiec wezwał swojego smoka, który nas rozgonił i mimo mojej i Kenaia próby zatrzymania, odleciał śmiejąc się nam w twarz zostawiając zrozpaczonych po śmierci towarzyszki…

W sercach pozostałych przy życiu zamieszkał smutek, który szybko rozwijał się w rozpacz, odrętwienie i zniechęcenie. Farin jednak się nie poddał. Chwycił ciało nieżywej Silvy, zaniósł je na ołtarz i zaczął wznosić błagalne modlitwy… a że płynęły one ze szczerego, dobrego i nieskalanego serca… to zostały wysłuchane i Silva wróciła z bardzo dalekiej podróży…




______________________________________________________

  1. Działo się, ale to już standard (broń boże nie narzekam, ani nie popadam w rutynę). Chcę więcej.
  2. Verminard bliski śmierci. Niemalże zapłacił życiem za swą pychę. Szkoda, że nie padł bo teraz już nas nie zlekceważy i pewnie nie pojawi się nigdzie bez smoka. No cóż, będzie trzeba pomyśleć nad alternatywnym sposobem eliminacji 😉
  3. Fizbanowi brakuje tylko fajki wodnej i dredów, bo zachowuje się czasem jak rasowy rasta 🙂
  4. Rozmowy i pretensje Elinor do chłopaków mnie zaskoczyły, ale faktycznie z jej strony tak to mogło wyglądać, bo w sumie sami zdecydowaliśmy, że zostawiamy ojców. Obaj z Kenaiem nie jesteśmy jakoś ogarnięci w kwestii medycyny, więc Eli poczuła się urażona, że nie dano jej szansy, aby pomóc.
  5. Teraz dopiero się zaczną narady z kategorii “co dalej?” 🙂 
Reklamy

6 myśli na temat “Smoczy Lans na dwa głosy, cz.10”

  1. Bardzo dramatyczna sesja. W przypadku mojej postaci kamień milowy w jej rozwoju…

    Podoba mi się bardzo księga Elinor. Pomysł może i oklepany, ale nie zmniejsza to jego fajności. Gadająca księga czarów(?) ma potencjał na stanie się bardzo cennym dla postaci, bardzo osobistym przedmiotem, a to niesie ze sobą nowe możliwości fabularne. Jestem ciekaw co z Eli wyrośnie i czy wymyślimy sposoby na wykorzystanie jej dość unikalnych zdolności m.in. transmutacyjnych.

    Starcie z Verminardem było zacne. Z jednej strony kolejny raz udowodniło dwie rzeczy. Pierwsza że bez obstawy boss ssie. Druga, że kapłan z tym swoim jednym atakiem i ogólnie znerfioną magią piątej edycji jest cholera wie czym – bo na pewno nie jest niszczycielem (wojownik czy cokolwiek innego co ma stać w pierwszej linii z wyposażeniem Verminarda by naszą drużynę przerobił na sieczkę w trzy, maks cztery rundy) a i jako postać wsparcia tyłka delikatnie mówiąc nie urywa. Chyba że ma najbardziej wypasionego smoka z bestiariusza 😉

    Z drugiej było wspaniałe fabularnie. Pokazało wielką siłę tej postaci, udowodniło, że słusznie się smoczego lorda garstka wyrostków obawiała. Choć czy do końca? Gdybyśmy od początku się rzucili na niego zginąłby. Wszak ledwo uciekł i drugi raz już nas pewnie nie zlekceważy 😦 Więź między naszymi postaciami, niejako rodzeństwem, chyba tylko się zacisnęła. Farin, jak zwykle nadstawiający karku za wszystkich. Kenai biorący na klatę cios Verminarda, by tylko osłonić ucieczkę Silvy, która z tej opcji nie skorzystała, sama zdecydowana osłaniać swoje “stado”. Zgon półelfki i jej późniejsze wskrzeszenie tak ładnie mi się wkomponowało w postać, że trudno bardziej. Do tej pory wybrane przy tworzeniu postaci cechy nie były odgrywane, jakoś mi niespecjalnie leżały. Niby postać miała się łatwo wściekać, niby ma marzenia i pewność by zostać bohaterem, a do tej pory był raczej spokojny (poza Stamem) i nie palił się porzucić domu. Teraz… domu już nie ma, pępowina odcięta, pozostaje wyruszyć w drogę 😉 (tym bardziej, że gdzieś przecież mam rodzinę i na pewno ich odnajdę). Pojawił się wróg, aktualnie bardzo osobisty i misja od “sił wyższych”, więc wiadomo w czyim imieniu bohaterem można zostać. Poza tym w “szale” prawie udało się Verminarda ubić, więc mam kolejną podkładkę na późniejsze multiklasowanie. Nie wiem czy to Bartek planował, czy mu to do głowy przyszło – nieważne, wydarzenia dla fabularności Kenaia lepiej się nie mogły ułożyć.

    Polubienie

  2. A ja jeszcze muszę się pochwalić, że to ta sesja, w której rzucając na Vermiśka Dissonant Whispers dzięki 1 na kości rzuciłam je na siebie, więc musiałam robić rzut obronny na Mądrość, na którym też wyrzuciłam 1, zebrałam max dmg w plecy i z ostatnim hp musiałam uciekać przed samą sobą. xD Czemu jak przeciwnik wyrzuci 1 to nie atakuje siebie, ja się pytam xD

    Notes bomba. Fizzy-Wizzy też.

    Scena finałowa idealnie pod zrobienie paladyna z Farina. Obiecał bogom życie za uratowanie Silvy. No-Weś. W takim miejscu i momencie wszystko mogło się zdarzyć, Charyzma +3 to mały pikuś przy powrocie bogów. Byłby ich pierwszym sługą, może stworzyłby nowy zakon, fabuła pełną gębą, why not? Ma mój łuk, miecz i topór.

    Silva. No hm. xD Ja nawet ooc nie wiem co chciała w ten sposób osiągnąć 😉

    Vermiś. Tak mało brakowało. Ale nie żałujcie, byłaby to tylko chwila satysfakcji, smok by nas zaraz mlasnął. Przecież czekał w krzakach jak porządny wierzchowiec na swoje Zorro.

    Polubienie

  3. Verminard nie jest magiem i mówi o tym wprost, powinniście to już załapać. Verinard zlekceważył Was, bo zło w tym świecie kieruje się zasadą tylko najsilniejsi przetrwają, a ich pani lubi gdy jej sługi udowadniają swoją wartość,ale faktycznie Verinard nie jest głupi i do odpowiednich wniosków pewnie dojdzie. Notes nie mówi, notes pisze do Elinor. Notes ma osobowość, gdyż należał do konkretnej postaci z uniwersum, a charakter tej osoby jest dość wyraźnie określony w lore settingu. W settingu nie ma paladynów jako takich, ale multiklasa z kapłanem jak najbardziej wchodzi w grę. Otwierają się przed Wami nowe ścieżki, przede wszystkim do magii objawień, ale np. zwrot Kenaia ku barbarzyńskiej naturze jest jak najbardziej ok. Proponował bym pomyśleć nad tym jak to ogarniecie w fabule. Jestem otwarty na różne rozwiązania, szczególnie że do awansu macie jeszcze chwilę.

    Polubienie

    1. Ciekawe jakie zjeby dostał Vermiś od Takhizis, w końcu zawiódł w swej misji… I to w dodatku mając za przeciwników garstkę niedozbrojonych smarkaczy. Podpadziocha na miarę wizyty w Gułagu 😉

      Co do nowych ścieżek rozwoju, ja swojej nie zmieniam, zwłaszcza że musi być jakiś silnoręki, jeśli Julek i Silva kombinują, czy by nie wskoczyć w coś „kościelnego”.

      Polubione przez 1 osoba

  4. Silva myslala bardzo prosto: chronic stado, przetrwaja tylko najsilniejsi a ona juz byla porzadnie ranna… wilk zreszta tez probowal zajac Vermisia i nawet mu wyszlo w jednej turze… dopoki nie poszlo „stac!” i wszystko wzielo w leb 😉

    generalnie sesja zacna, mam teraz sporo do przemyslenia i przekombinowania. nie ulega watpliwosci, ze po zmartwychwstaniu polelfka przejdzie na strone wojujacych wierzacych, tylko jeszcze nie wiem, w jakim kierunku mechanicznie to pojdzie.
    zwlaszcza, ze jest niegodna…

    Polubienie

    1. A może właśnie ta niegodność spowoduje przemianę w Silvie? Myślę, że takie rzeczy jak śmierć i zmartwychwstanie mogą troszkę poprzestawiać ludziom w głowie.

      Farin na karcie ma wpisany charakter praworządny neutralny, ale jeśli istnieje fabularny moment, kiedy charakter może ulec zmianie, to chyba nie ma lepszego niż teraz. Verminard jako wcielenie wszystkiego, co najgorsze w ludzkości (właściwie cywilizacji) i bogowie jako awatary wszechogarniającego dobra (no przecież nie musieli nikogo wskrzeszać), będą zapalnikiem przemiany krasnoluda.

      A co do mechaniki, to ja już się oswoiłem z faktem, że nie zostanę paladynem. Ale to w porządku. O ile sama klasa paladyna jest dla mnie atrakcyjna z powodów poza-mechanicznych, to multiklasując w kapłana nic nie stoi na przeszkodzie, żebym takiego świętego rycerza odgrywał. Po prostu nie będę nikomu nakładał rąk 🙂 Choć zaklęcia leczenia i tak są dotykowe 🙂

      Jeśli klasa paladyna natomiast byłaby dostępna, to myślę, że Silva najbliżej obcowała z nowymi/starymi bogami – a nowa religia Farina będzie potrzebować krzyżowców 😛

      A w ogóle, to bardzo podobał mi się wątek Elinor z tymi jej księgami i próba przekonania wszystkich, żeby zabrać ze sobą pół biblioteki. Wyobrażam sobie, że dla młodej kobiety, która większość życia spędziła w towarzystwie książek, perspektywa pozostawienia ich zapomnianych, gdzieś na końcu świata, mogła przyprawiać o depresję. Na szczęście dostała nowego przyjaciela (być może nawet sidekicka). Choć początki znajomości były trudne 😀

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s