Smoczy Lans na dwa głosy, cz.11

Po bardzo dramatycznych przeżyciach często przychodzi czas na refleksję, zadumę, postanowienia zmiany i u niektórych widoczne jest to bardziej, u innych mniej. Czasem zmiana wychodzi na dobre, a czasem wychodzi…. zaskakująco i niespodziewanie.

Drużyna po ciężkiej walce z Verminardem potrzebowała nowego planu, czegoś co dałoby jej iskierkę nadziei, że tego zwyrodnialca można pokonać i jednocześnie nie umierać. Na razie w starciu z tym niegodziwcem było 1:0 dla niego, bo przecież zabił Silvę, a sam uszedł z życiem. Bogowie wskrzesili elfkę już po walce, więc do remisu jeszcze daaaaaleeeeko.

Chata Rorca, która miała być pewną ostoją, przystankiem i nadzieją, została spopielona przez smoczy ogień, który wypalił wszystko i wszystkich na polanie. Śladów życia nie było widać, śladów śmierci jednakowoż również nie i jedyne co drużyna znalazła, to stare ślady i magiczny miecz Rorca, który według Silvy poprzednio błyszczał, a teraz wyglądał jak wyszczerbiony, dziadowski scyzoryk do golenia owiec. Jak ta pamięć może płatać figle… Kilka dni temu taki miecz był dla nas czymś niezwykłym, czymś niewyobrażalnym, świecił się błyszczał, był obiektem westchnień, ale teraz… stał się taki zwykły. Czyżbyśmy widzieli w swoich młodych życiach zbyt dużo?

Wydaje się, jakby to było tydzień temu. Dzieciaki kłócące się o mieszek zaskórników Rorca. Dzielące się jego wyposażeniem pod jego nieobecność. Pożyczające je, wszyscy niczym stadko kenderów, dodające sobie powagi przebierając się za dorosłych, za łowców. Kiedy jeszcze było się w kogo bawić. I do czego wracać.

Spalona ziemia i brak zwęglonych ciał. Taka kombinacja została wzięta za dobrą monetę i dodatkowo pomogła Kenaiowi namówić Farina do napaści na patrol verminardczyków/verminarian/verminów. Krasnolud po śmierci i wskrzeszeniu Silvy nie był już tak pewny, że prawe i sprawiedliwe działanie zawsze przynosi największe korzyści. Natomiast Silva… no cóż, trzy godziny wcześniej była gotowa skoczyć do gardła niemalże każdemu, miała na sumieniu już kilka trupów, a teraz wdała się w dyskusje na temat moralności działań zaproponowanych przez Kenaia. Niezmienną postawę po traumie śmierci towarzyszki zdawali się tylko utrzymywać Yolo i Elinor, z tym, że ten pierwszy miał zapewne zbyt prostolinijny i mały rozumek, a ta druga zbyt dużą wiedzę, aby przejąć się czymś takim – jak to napisano w jednej mądrej książce – “śmierć pozorna, spowodowana najczęściej utratą dużej ilości krwi lub uderzeniem tępym narzędziem w potylicę”.

Farin wydaje się przekonany, że bogowie, po stuleciach milczenia, na jego prośbę zstąpili z nieba i pomogli Silvie. Ona sama chyba też tak myśli. Zmieniła się. Teraz sypie kazaniami na temat honorowego zachowania. Farin z kolei dał się Kenaiowi przekonać do rozboju w biały dzień. Więc po prostu się wymienili postawami, a względna równowaga została zachowana. Kenai zachowuje się, jakby chciał odegrać się na świecie za to, co się na nim wyrabia, ale jeszcze nie wie co takiego się wyrabia. Też bym chciała wiedzieć.

Budzące się powoli niesnaski i nieporozumienia powstrzymał, przynajmniej chwilowo, prastary, siwy i jak się po walce okazało, wynędzniały, sowoniedźwiedź, którego tropiąca kolację dla drużyny Silva nieopatrznie zdenerwowała. Wilk ruszył do obozu i reszta drużyny skoczyła elfce na pomoc, a zastała ją na drzewie, które to koniecznie obalić chciał wkurzony stwór. To była w istocie dramatyczna sytuacja. Właśnie kończyłam rozdział. Walka była ostra, ale nim na dobre się zaczęła, to sowoniedźwiedź padł. I tak umarłby pewnie ze starości. Najpóźniej jutro rano.  Wcale nie był taki nic nie warty jak twierdzą. Miał wspaniałe pióra. Zebrałam pęk na materiały do pisania.

Następnego dnia mieliśmy wdrożyć plan Kenaia i oskubać jakiś patrol. Prosta sprawa, nie raz i nie dwa robiłem to w sierocińcu. Schowałem się dokładnie i w takim miejscu, że to ja widziałem drogę, a droga mnie nie. Wszystko było ustalone, tylko te czekanie mnie piekielnie znudziło i zacząłem sobie gwizdać. Gdy dołączyło się do mnie echo, byłem wniebowzięty. Gdy echo zaczęło zmieniać melodie i być coraz głośniejsze zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Niestety było za późno.

Yolo był dobrze ukryty, ale jak to kender, stracił zainteresowanie tym, co właśnie miał robić i swoim gwizdaniem naprowadził na swoją kryjówkę mordercę, który akurat szukał drużyny, a dokładniej tego, co miała przy sobie – magicznego kamienia. Muszę go kiedyś wydębić od Yolo, może udałoby mi się wykryć jakiekolwiek ślady działania pozwalajace budować jakiekolwiek hipotezy co do jego przeznaczenia. Poszukiwania zlecił Verminard. Bardzo wkurzony Verminard. Kusza wycelowana w czoło kendera mocno utrudniała negocjacje, ale Yolo próbował swoich sztuczek i wyczarował małą iluzję kamienia, o który łowca nagród poprosił. Blef niestety nie wyszedł, reszta drużyny była w oddali i jedyne co uzyskałem, to bełt w trzewiach i ostrze miecza w piersi. Zemdlałem i niestety nie zobaczyłem, że Fajtłapek mnie uratował. Dzielny Wilk Silvy rzucił się na atakującego, powalił go i umożliwił rozbrojenie. Walka nim się zaczęła, była skończona. Łowca nagród został puszczony wolno… w samych skarpetach. Kenai z Farinem zadbali, aby drużyna zdobyła nowego śmiertelnego wroga. Silva, ku zdziwieniu wszystkich, zamiast próbować przekonać wszystkich, że puszczanie wolno takiego oprycha to wydanie na siebie wyroku śmierci, zaczęła strasznie narzekać, że działanie Kenaia i Farina było niehonorowe. Ale mnie uleczyła swoimi maściami. Ten łobuz miał szczęście, że już był daleko, bo miałem ochotę zrobić mu jakiś paskudny żart, który zapamiętałby na dobre!

Cóż to znaczy honorowe? Było po prostu nonsensowne. Przypadkowość decyzji jednoznacznie wskazuje na wysoki poziom frustracji i bezradności naszej grupy. Ale doradzanie im czegokolwiek będąc tak jakby magiem renegatem zakrawa na ciężką hipokryzję. 

Decyzja o tym, że zamiast szukać patrolu należy udać się w góry podjęła się jakoś sama. Podróż upłynęła zadziwiająco spokojnie. Silva z Kenaiem nas tak prowadzili, że jak niebezpieczeństwo było na górze, to my szliśmy dołem, a jak wróg czaił się na górze, to my hyc, hyc, hyc, pod spodem. I tak, bez większych przygód dotarliśmy na przełęcz. No, widzieliśmy jeszcze jakieś wielkie kamienie z dziwnymi znakami, jeden z nich znów był tak bardzo znajomy i nawet dał mi dodatkową siłę do podróży i mogłem, ku uciesze reszty drużyny, biegać jeszcze dłużej, śpiewać i gwizdać jeszcze głośniej, a spać mogłem krócej. Następnego dnia rano efekt znikł, a reszta drużyny odetchnęła z ulgą. Tak, miejsce kultu dawnych bóstw było bardzo osobliwe. Wynotowałam inskrypcje, ale póki co niewiele mi mówią. Będę musiała jakoś nazwać moją tajemniczą, pyskatą towarzyszkę. Skoro ona tak ochoczo wyzywa mnie od żab. Farin próbował z nią pogadać, ale strzeliła focha. Zabawne. Zdecydowanie lepiej się z tego śmiać niż bujać w obłokach doszukując się czegokolwiek w zwykłym zbiegu okoliczności. 

Na przełęczy napotkaliśmy woźnicę, wóz i kapustę, która BYŁA MAGICZNA, ale Elinor w ogóle nie chciała jej badać, mimo iż tyle razy jej pokazywałem, że jak tylko wyciąłem na niej oczy, nos i buzię, to ta niemalże natychmiast wracała do stanu poprzedniego. I działo się tak za każdym razem gdy odwracałem wzrok. Dopóki patrzyłem wszystko było tak, jak to zostawiłem. Było to frustrujące, ale zobaczyłem pierwszy od dawna, uśmiech na twarzy Eli, więc przestałem się martwić magią drzemiącą w kapuście.

Yolo. Enklawa dawnego życia w tych Ciężkich Czasach. Gdyby nie on, pewnie wszyscy byśmy powariowali. 

Woźnica z niedowierzaniem kręcił głową słuchając niestworzonych historii o smokach, buncie, spalonym mieście i zapewne z każdą chwilą coraz mocniej przeklinał się w duchu, że pozwolił takim niedouczonym mitomanom jechać na swoim wozie. Sprawiał wrażenie, jakby już to wszystko wiedział, a zaprzeczał tylko z grzeczności lub przekory. Nie słyszał o sytuacji w Haven i na północy. Kupiec, było nie było. I jeszcze to marudzenie na poziom edukacji. Ta, przed kataklizmem pewnie był wyższy. Rzeczywiście dziwne czasy. Nim jednak woźnica stracił resztki cierpliwości, a wóz dotarł do miasta leżącego w dolinie, ktoś z drużyny wypatrzył nieopodal drogi leżące ciało. Okazało się, że był to napadnięty przez gobliny czarodziej w czerwonych szatach. I jak na czarodzieja przystało, nie zważając na fakt, że niemal nie żyje, zaczął pouczać Elinor, że ta nadal nie założyła specjalnych szat. O, kolejny który mówi, że Elinor, źle wygląda. Podjąłem decyzję, że jak trochę się ten mag podleczy, to z pewnością pierwsze piwo nie będzie mu smakowało…

Silny człowiek, skoro będąc jedną nogą w grobie zaprząta sobie głowę takimi drobiazgami. Dobrze. Jest szansa, że przeżyje. O ile dostarczymy jad pająka. Ten ich znachor najwyraźniej próbuje jeszcze ogień zwalczać ogniem. Alopatia to zapewne tutaj pieśń odległej przyszłości, ale nie wygląda na to by pacjent miał tyle czasu. Cóż, tak czy owak znachor z Silvą jakoś się dogadał. Dokąd zmierzasz świecie… 

Miasteczko przywitało podróżnych nieufnością i wycelowanymi grotami strzał. Dopiero pokazanie rannego otworzyło bramy w ostrokole. Ja tam uważałem, że to informacja o magicznej kapuście otworzyła nam drzwi, ale każdy może wierzyć w co chce. Ani chybi. Magiczne kapuściane głąby. 

Nieufna Aedela-Adelina przedstawiła sytuację w mieście, która była zła. Gobliny, wszędzie były gobliny i to spędzało jej sen z powiek. Poznany w karczmie Wilibalda, niejaki Milius (zwany również Milusem, Meliusem, Milisem) natychmiast zrozumiał, że ma do czynienia z poszukiwaczami przygód i stwierdził, że drużyna musi dla niego pracować, że on ma środki, drużyna umiejętności i że wszystko cudownie się ułożyło. Kenai wypił za dużo i jestem ciekaw czy pamięta, że zgodziliśmy się pomóc w odzyskaniu towaru Milusa. Że zaraz, na co się zgodziliśmy…? 

Silva zaoferowała, że może sprawdzić czy rany Milusa dobrze się goją i nieopatrznie czynem tym zdenerwowała miejscowego lekarza, który akurat wszedł do karczmy. Oboje zaczęli się obwąchiwać i sprawdzać swoje umiejętności. Najwyraźniej oboje uznali, że poziom wiedzy rywala jest wystarczający, bo stary lekarz w dość pokrętny sposób poprosił, aby drużyna ruszyła po specjalne zioła na wyleczenie trucizny z rany czerwonego maga. Lekarz powiedział też, aby Eli udała się do rannego maga, bo ten ma do niej jakąś sprawę. Ten dziad ma tak wykolejone zrozumienie sytuacji, o zrozumieniu człowieka nie wspomnę, że dziwię się jak tutejsi powierzają mu swoje zdrowie i życie. To, w jaki sposób odczytuje życzenia pacjenta to jakaś kpina. Od początku było wiadomo, że magowi przeszkadzam prócz trucizny głównie ja, bo jestem nielegalna. Poszłam z Silvą z nim porozmawiać, bo szkoda żeby umierał tak zestresowany. A tu niespodzianka. Wspomniał, że kojarzy Helbina. Mówił o bijącej ode mnie niesamowitej mocy, której się nie spodziewał i tak dalej, więc domyśliłam się że biedak jeszcze bredzi w gorączce, nie odróżniając mojej aury od arkanowego tła posiadanych przedmiotów. Pokazałam mu kapelusz wiedźmy, ale mu źle pachniał. Potem pierścień z lochu, ale gość nie przejmując się przeprowadził kompletnie nietrafioną (i jeszcze mniej taktowną) próbę „pożyczenia” mojego notesu. Więc wyjęłam go z sakwy. Wtedy facet zemdlał.

Ja chyba też to zrobię, żabo… 

Reklamy

4 myśli na temat “Smoczy Lans na dwa głosy, cz.11”

  1. Fajna sesja, podobała mi się. Fabuła to jedna rzecz, ale naładowane emocją dialogi między postaciami bardzo mi się podobały. Transformacja Kenaia mogła się wydawać niezrozumiała, ale co nienawiść robi z ludźmi… 😉 Przekonanie Farina to wisienka na torcie nowego „ja” barbarzyńcy, a Silva… Oj po niej także widać ogromną zmianę postępowania – wydarzenia poprzedniej sesji odcisnęły swoje piętno i fajnie się to odgrywało. Biorąc pod uwagę światopoglądowe zmiany rodzeństwo pewnie się jeszcze ze sobą nie raz „zetnie” 😉

    Co do samych wydarzeń na sesji to wiele się nie działo, choć to efekt tego, że jakoś specjalnie się nam nie spieszyło. Zapowiadany dungeon crawl się nie odbył, bo nawet do podziemi nie doszliśmy 😉 ale co się odwlecze… Wydarzenia, które czekają na drużynę gromadzą się jak burzowe chmury na horyzoncie – urażony łowca nagród, dyplomowany mag vs Elinor, którego chcemy doprowadzić do stanu używalności, horda goblinów (podobno są inteligentne, co w mechanice gry oznacza prawdopodobnie że mają hpków więcej niż na dwa strzały i niektóre może nawet i dwa ataki w rundzie)… Idzie burza 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Zwrot o 180 stopni w zachowaniu Silvy był dla mnie zaskoczeniem, nawet większym niż gniew Kenaia czy wątpliwości Farina, ale hej, to w końcu ona umarła i miała największe prawo zmienić swoje podejście do tematu. Jeżeli będzie dzięki temu bardziej cywilizowana i będzie mniej ganić Yolo za wygłupy, to czemu nie? 🙂
    Nazbieraliśmy questów jak w Baldurze, dotarliśmy do oblężonej przez gobliny mieściny, którą uratować może tylko banda dziwnych obcych, którzy zdobywają zaufanie tak samo szybko jak questy :D. Super.
    Ogólnie to sesja 8/10 pod względem nostalgii. Będzie 10/10 jak się okaże, że w mieście jest kupiec, który ma coś magicznego na sprzedaż 😀

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s