Smoczy Lans na dwa głosy, cz.13

Gdyby wyczarowana przez Elinor kryjówka była większa, pewnie nikt by nie zwrócił uwagi na wiercącego się Yolo. Mhm… jasne… nawet jak siedzę sobie cicho i nikomu nie wadzę, to widzę te oskarżycielskie spojrzenia. Niestety wytrzymanie z kenderem w ciasnej przestrzeni okazało się być trudne i dla świętego spokoju drużyna zgodziła się, by Yolo dokonał małego zwiadu. Kender z właściwą sobie ostrożnością i skupieniem ruszył w głąb korytarza i zniknął w ciemnościach. Chwila ciszy wystarczyła, aby wszyscy zorientowali się w lekkomyślności swego postępowania Gdy chcę czmychnąć to tak robię, a oni wierzą we wszystko co im mówię .Za. Każdym. Razem. i spiesznie ruszyli za towarzyszem – i w samą porę, bo szybko dostrzegli jak Yolo podpala jaja robali, zaś nad nim z sufitu jaskini zwiesza się bardzo, bardzo zła królowa potworów.

Kender w porę zdążył schować się pod na wpół przewróconą kolumną, zaś Farin i Kenai – nie mogąc dosięgnąć będącego wysoko potwora – zgodnie unieśli tarcze, chcąc się chronić przed atakiem. Silva nie miała takich problemów – zwinna jak kot półelfka wskoczyła na tarczę Farina, z niej prosto na tarczę Kenaia, by na końcu wybić się w powietrze i zaatakować bestię. Silva jest taka niesamowita! Istny cyrkowiec! Elinor, dla magii której odległość nie stanowiła problemu, uderzyła swym dźwiękowym czarem, (właściwie to mentalnym, ale wiadomo że niektórzy woleli wagary niż naukę) zmuszając przestraszonego robala do chwilowego odwrotu – ten jednak szybko się opamiętał i z impetem runął na Silvę, przygniatając ją. Niekoniecznie na to czekali Farin z Kenaiem, ale skoro okazja się trafiła, podejrzanie szybko zakończyli życie potwora, nim ten był w stanie zrobić krzywdę ich siostrze. Zwycięska drużyna szybko przeszukała pomieszczenie, z czego najbardziej zadowolona była Silva – okazało się, że znaleziona zbroja idealnie na nią pasowała, a magia Eli szybko doprowadziła pancerz do porządku. Jak czegoś nie chcę oddać, to jest mędzenia na pół dnia, a jak oddałem, z własnej woli, znalezioną zbroję, to oczywiście nikt nic nie widział, nie pamięta i w ogóle “kim jest ten Yolo, bo nie kojarzę…” Znaleźli też ogromne worki pieniędzy, niestety wypełnione miedziakami… które Silva błyskawicznie zaoferowała się ponieść, a przy okazji wypatrzyła, że Yolo zabrał ze sobą jedno jajo i zmusiła go do odłożenia zdobyczy. To ille minęło od oddania zbroi? Kender jednak nie byłby sobą, gdyby jakoś nie powetował sobie straty – zaczął myszkować wokół skalnego rumowiska, prowokując lawinę i zasypując przejście. Nikt mi tego nie udowodni. Ja twierdzę, że to nie ja, a ekhm… lawina nie potrafi mówić. Straszna rzecz. Wszyscy byliśmy czymś zajęci, a biedny Yolo stał smutno pod ścianą i prawie przysypała go lawina. Głupie robactwo ryje te korytarze bez krztyny wiedzy o budownictwie i potem dramat gotowy. Nie wiem tylko czemu tam był. Pewnie się nudził. Takie paskudne nory to nie miejsce dla kendera… Niestety trzeba było skorzystać z już wcześniej zbadanej drogi – tej znanej goblinom. Drużyna ruszyła, po drodze mijając liczne goblinie ciała oraz truchła dwóch robali, przebitych włóczniami, które to Kenai skwapliwie zebrał. Wyjaśniło się czemu walka z królową była tak łatwa i krótka… Yolo z Farinem przecisnęli się przez przesmyk, zaskakując dwa gobliny, które, zgodnie ze zwyczajem swojej rasy, zamiast pilnować przejścia siedziały zwrócone do niego plecami, wesoło machając wiszącymi nad krawędzią nogami. Yolo zapytał się ich, czy ryby biorą, ale nim uzyskał odpowiedź, Farin wiedziony krasnoludzkim instynktem zakończył ich żywot. Po chwili wahania drużyna zdecydowała się skorzystać z gobliniej drabiny i tą drogą dostać się na dół. Farin jednak ani myślał zaufać gobliniej myśli technicznej i z głośnym hukiem wbił w skałę kotwiczkę z przywiązaną liną, jako zabezpieczenie. Okazało się, że miał rację, bo drabina pod ciężarem opancerzonego krasnoluda po prostu się rozpadła… Mógł tylko zaoszczędzić sobie hałasu, skoro mogłam zaczepić linę w powietrzu. Ale w sumie to tam było pusto, pewnie nikt nie słyszał.  Kiedy Yolo szukał upuszczonej wcześniej kuszy, na drużynę wpadł zaspany goblin, bez cienia wątpliwości zwabiony hałasowaniem Farina. Szczęśliwie zanim ocknął się na tyle, by podnieść alarm, rzucona przez Kenaia włócznia zakończyła jego żywot. Nadziany goblin, dziwom w tej jaskini nie było końca. Ostrożnie wszyscy ruszyli korytarzem w dół, tam dokąd gobliny zabrały krasnoludkę. Farin prowadził, uważnie stąpając i wszystkim pokazując ślady gobliniej bytności. Był w tym tak gorliwy, że w którymś momencie pokazał magiczce szczurze truchło. Eli, która bez cienia lęku potrafiła niczym kender zajrzeć w paszczę smoka, wydarła się w przerażeniu tak głośno, jak tylko umiała i szlag trafił skryte podejście. Przyjaciele biegiem ruszyli w dół korytarza, ścigani odgłosem goblinich bębnów, bijących na alarm. Naprawdę, tak mi głupio… ale oni zawsze mi to robią, straszą mnie myszami a potem się dziwią! I czemu gobliny nie pomyślały, że to piszczy ta królewna na dole?  Na końcu korytarza była sala, z kilkoma wyjściami, z których jedno wiodło w dół, drugie w górę, a jeszcze inne było pełne pajęczyn. Pośrodku zaś stał ołtarz, do którego była przywiązana krasnoludzka księżniczka. Rycerski Farin natychmiast rzucił się ratować damę w potrzebie, a gdy tylko przeciął jej więzy, ta rzuciła mu się na szyję z okrzykiem – mój bohaterze!! W tym czasie reszta przyjaciół wykazała się bardziej praktycznym podejściem do życia, grabiąc zgromadzone wokół ołtarza “dary”. One, w przeciwieństwie do krasnoludzkich księżniczek, japy nie drą. Nie mieli jednak dość czasu, by wszystko starannie przejrzeć, gdyż odgłosy pogoni niebezpiecznie się zbliżyły. Nie tracąc czasu, wybrali na chybił trafił któryś korytarz i rzucili się biegiem, byle dalej. Korytarz rozjaśniło światło, dokładnie tak jak w elfich ruinach koło sierocińca, zaś na jego końcu były pokryte starożytnym elfim pismem drzwi. Silva bardzo starała się je odczytać, ale reszta jej nie dała, otwierając je, wpadając do środka i pospiesznie za sobą zamykając. A czy ja jej broniłam? Skoro żadnej z nas się nie udało, chciałam przepisać co się da, żeby potem się temu przyjrzeć. Było tego całkiem sporo i wyglądały fascynująco. Dopiero wtedy zobaczyli, że stoi przed nimi duch… A tak, on też był całkiem ciekawy, ale wewnątrz było jeszcze więcej inskrypcji, więc pomyślałam że się nie obrazi, jeśli tak sobie jednym uchem posłucham i tymczasem skopiuję jeszcze trochę…  Zjawa okazała się być całkiem przyjazna, choć zirytowana. Nie było wiadome, czy źródłem irytacji była obecność przyjaciół, czy fakt, że posługiwanie się magią sprawiało duchowi pewne trudności, ostatecznie jednak udało się z nim porozumieć. Okazał się być elfim kapłanem, któremu bogowie nakazali pilnować świątyni przed goblinami, aż do chwili, gdy nadejdzie czas. Był pod wielkim wrażeniem zdobytego w sierocińcu artefaktu, pod którego wpływem czuł, jak wracają mu siły. Udzielił im kilku rad, jak ważne jest, by ludzie uwierzyli na powrót w bogów (dzięki wierze, jaką powinna się wykazać drużyna), przestrzegł przed Takhizis, a także przed byłą kapłanką świątyni. Okazało się, że jako przeorysza świątyni odmówiła schronienia uciekającym przed kataklizmem uciekinierom, za co została przeklęta. Zdradził też lokalizację świątynnej zbrojowni, która stała się następnym celem drużyny. Miał sporo do powiedzenia o wiedzy, choć bardzo niewiele o niej mówił. Tylko to, gdzie jej szukać. Po czymś takim w głowie powstaje masa pytań bez odpowiedzi, ale z drugiej strony, czasem to pytania mówią o wiedzy najwięcej. Te elfy rzeczywiście były bardzo enigmatyczne. I strasznie lubiły pisać po ścianach, trzeba im oddać.  Zanim wyruszyli, każdy z przyjaciół wybrał amulet z symbolem boga. Chyba tylko mnie wydawało się to z lekka dziwaczne. Wczoraj bogowie nie istnieli, a dziś, wszyscy tacy pobożni i znają się na nich jakbyśmy znali wiele więcej niż imiona i odgapione z posągów domniemane dziedziny. Czy to naprawdę kiedyś tak działało?  Lubiący zwierzęta Kenai sięgnął po coś, co przypominało mu krowę, albo byka i nie skończyło się to dobrze. Symbol odrzucił go, posyłając na podłogę. Eli nie widziała w tym sensu, ale gorliwie namawiana przez Silvę zgodziła się coś wybrać, dla świętego spokoju. Ale ostatecznie nie wybrałam. Poszukuję wiedzy. Symbole dawnych bogów mam już na kartce.  Ja sobie wziałem amulet z lirą. Jeden amulet. Jeden. Jeden mówię przecież. Tak, do Yolo to przynajmniej pasowało. Z drugiej strony, jeśli mieli czuć się bezpieczniej, to czemu nie? Ciekawe, że naszyjniki były ot tak porozrzucane bezładnie między ławkami i na nich. Jakby ich właściciele zniknęli.  W tym czasie Farin próbował przekonać uratowaną księżniczkę, że powinna tu zostać do czasu, aż będzie bezpiecznie, na co ta żadnym sposobem nie chciała się zgodzić. Lęk separacyjny. Trochę długo trzyma, ale czy ja się znam na krasnoludach żlebowych? Nieugięty krasnolud dopiął jednak swego – wszak byle kto nie zostaje przepowiedzianym bohaterem krasnoludów żlebowych. Niestety księżniczka nie dotrzymała słowa i nie wstrzymywała oddechu bez końca, a byłem ciekaw co się stanie. Bez pomocy nie dała rady. Trudno ją winić.  Przyjaciele dobyli broni i przygotowani na walkę otworzyli drzwi. Stanęło przed nimi stało stado goblinów, oraz wódz, w obstawie kilku bardziej wyrośniętych ochroniarzy, to jednak nikogo nie przeraziło. Nie no, jasne że nie… Ja nie spanikowałam tylko dlatego, że byłam pewna, że ten duch wyleci i je przepłoszy. Kapłani… Farin z Kenaiem rzucili się na wrogów, zaś Silva opuściła swe szable, sięgając po miecz Rorka. Człowiek i powiększony magią Elinor krasnolud urządzili zielonoskórym prawdziwą rzeź, ale było ich zbyt wielu. Nie zdołali wszystkich powstrzymać przed rzuceniem się na Silvę, zaś łucznicy mocno poranili Yolo i Eli. Magiczka zdołała schronić się za drzwiami, zaś półelfka uderzyła w przeciwników magią swego miecza. Niektórzy z wrogów przeraźili się tak bardzo, że zaczęli uciekać, innym ręce dygotały z przerażenia. Pewnie dlatego jeden z łuczników strzelił za swoje plecy, trafiając ich wodza – ten wściekły rozkazał swym strażnikom zabić nieszczęśnika, a sam wycofał się w głąb korytarza. O dziwo nie osłabiło to woli walki pozostałych goblinów, pod ciosami których padła Silva. Na szczęście Elinor zdołała ją odciągnąć w bezpieczne miejsce i opatrzyć rany, zaś Kenai schylił się po jej miecz. W jego ręce broń wręcz śpiewała, bezlitośnie masakrując gobliny i nie chybiając ani razu. Gdy już wydawało się, że walka jest wygrana, przybył wódz, dosiadający ogromnego pająka, wraz z posiłkami. Choć jego pomysł był dobry, szybko okazało się, że geniuszem strategii nie jest – szarża ogromnego pająka na powiększonego krasnoluda nie była najlepszym pomysłem. A do tego ten pająk stał jak słup soli. Głupek. A ten wódz mimo sporych możliwości nie próbował parować uderzeń. Większy głupek. Farin bez trudu wytrzymał uderzenia, sprytnie zmylił wodza i gdy ten z całej siły zamachnął się bronią krasnolud zamiast odbić cios tarczą, po prostu się odsunął. Wielki goblin z hukiem spadł ze swego wierzchowca, na który to widok goblinie niedobitki rzuciły się do panicznej ucieczki. Nim groźny przeciwnik zdołał wstać, dopadł do niego Kenai i potężnym uderzeniem miecza rozciął go na pół. Nim ciało przestało drgać, Farin z Yolo dobili pająka. Bitwa była wygrana, acz poranieni przyjaciele, mając na uwadze słaby stan zdrowia Silvy zdecydowali się najpierw odpocząć, ciesząc się, że wszystko dobrze (póki co) się skończyło. I tylko Kenai pozostał troszkę niepocieszony po oddaniu Silvie miecza… Silva za bardzo się forsuje naprzód. Nie ma tarczy, jak Farin, a wszystko ściąga na siebie. Oddałam jej mój pierścień ochronny, może choć tyle pomogę. Chciałam wierzyć, że należał do ojca Helbina. Ale to nie ma znaczenia, jeśli ma działać. O ile to ma znaczenie w ogóle… Teraz musimy odpocząć. To dobrze, bo muszę do kogoś napisać.

Reklamy

4 myśli na temat “Smoczy Lans na dwa głosy, cz.13”

  1. AARa zawdzięczamy tym razem Tomaszowi, który był tak dobry i wyręczył mnie w wyręczeniu Adama 😀 Ja mam jeszcze dwa DH zaległe… O_o Nie wspominając o ściągach do DL, tła postaci do ZC i knujstwie do SWN O_o

    Sesja miała klimat, to uciekanie po lochach jak się narobiło hałasu i słychać bębny było super. Choć Lucyna miała pełne prawo być niepocieszona, bo zmarnowała się jej jedynka na skradaniu 😉 Nie było już wprawdzie z nami zabawnego i super odgrywanego szambelbana, ale za to jest już z nami Jej Wysokość Blinka(?) i dzielnie powiela charakter swych pobratymców. Nie zdziwię się, jak zakończymy tego questa po stronie goblinów, o ile jeszcze jakiś został. ;D

    Fajna scena z naszyjnikami. Jakby każdy wybierał sobie super moc na przyszłość i kolor piżamy. Znaczy pierścienia. 😉

    Ciekawe to, co zapowiadał elf, o dawaniu naszą wiarą świadectwa istnienia powracających bogów. Może się tyle wydarzyć…

    Mój ulubiony motyw tej sesji:
    1. gracze marudzą, że bossy bez obstawy szybko padają
    2. Bartek daje bossa z obstawą i posiłkami
    3. żeby ściągnąć te posiłki, boss na chwilę ucieka
    4. wraca na ogromnym pająku, wejście pierwsza klasa, z posiłkami
    5. na ataku rzuca o1, spada z pająka, a na ten widok posiłki i obstawa uciekają
    I nawet nie można zwalić winy na nas! 😀 ❤

    Polubione przez 1 osoba

  2. ej no, na drzwiach byla historia swiata, tego sie nie da przeczytac w minute! :p

    a goblin dostal dwiema wloczniami, inaczej by zaczal wrzeszczec. czlowiek pada w finalowej walce i juz mu wszystko zapominaja. chlip.

    ale fakt, mialam cholernego pecha z tym mieczem…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s