[kampania DH odc.26, ostatni] Płacz Potępionych

Z agresywnego zaproszenia wolnego kupca skorzystali tylko dyplomata, zdrajca i ten, który nie miał nic do gadania. Czyli Octavius, Sabant i nieprzytomny Parteos. Reszta akolitów zamknęła się na promie, by nie dopuścić do zapowiedzianego wyssania tlenu z ich statku. To była patowa sytuacja. Zapowiadali zniszczenie promu. A jednocześnie mieliśmy na nim zostawić broń. Jak dotąd, serwitora bojowego zwykle uważało się za broń… A ja nie mogłam go tak zostawić. Zresztą, Garak i Bianka też nie byli zdecydowani rozstawać się z orężem. Okręt obstawiono działkami i wycelowano je w Valkyrię.

Sabant ukradkiem dał kapitanowi namiary na statek Katriny, na którym mieli szukać maski. Jak powiedział, zależało mu tylko na niej. Jednocześnie ostrzegł ludzi wolnego kupca o niebagatelnych umiejętnościach trójki swoich dotychczasowych towarzyszy, w tym o mistyczce, przeciw której kupiec miał „coś specjalnego”. Ale Sabant zdradzając nas nie powiedział im najważniejszego. Że żołnierz był wybrańcem Imperatora. Że mistyczka była w stanie otwierać bramy nieskończoności. Oraz że Siostra Bitwy była wkurwiona.

Kiedy nawet Bianka zgodziła się grać va bank, na okręcie kupca otworzyli bramę w osnowie, jej wylot ustawiając w próżni. W ten sposób załatwili jedno z dział. Drugie odstrzeliła Bianka, lecz kupiec odpowiedział ogniem robiącym sito z wojskowego promu. Rozpoczęła się ucieczka przed efektami rozszczelnienia.
Bianka sprawnie pokonywała drzwi zdobyczną rękawicą Katriny, a kiedy już weszli na okręt kupca, każde z nich zniszczyło po jednym dziale, uwalniając się od ostrzału, po czym pospieszyli za śluzę, by złapać oddech. Na szczęście lub nieszczęście, z otwartej bramy nic a nic nie wylazło.

Kierowaliśmy się na mostek. Octav próbował nawiązać z nami kontakt, ale cięło strasznie. Coś o ambulatorium mówił. Zresztą zaraz nadbiegł Sabant, ranny i zdyszany, tłumacząc że wyrzucono go z ambulatorium, w którym zajmował się Parteosem. Twierdził że jest tam też Octavius, i że trzeba ich ratować przed czwórką zbrojnych. Nie wiedział czego od nas chcą. Bianka nabrała podejrzeń, to podobno zdrowe, ale zupełnie nie miałam do tego głowy. Chłodno skoncentrowana na celu, jak to ona, upierała się by iść na mostek zrobić tam porządek, zanim się pójdzie leczyć rannych. Zachowała zimną krew nawet gdy upomniałam ją, że można by się odwdzięczyć Parteosowi za uratowanie im tyłków. Ale Garak wylał na to wszystko i poszedł z Sabantem ratować Parteosa i Octava tak czy siak, więc pobiegłyśmy za nimi.

Octavius Lox łamał właśnie systemy okrętu, próbując dowiedzieć się, co się na nim wyrabia.

W korytarzu prowadzącym do ambulatorium mistyczka zwietrzyła przedziwne zjawisko, jakby w pewnej odległości kompletnie brakowało osnowy. Wybełkotała ostrzeżenie do siostry i obie zostały w tyle, nie pakując się w pobliże niebezpiecznej anomalii.

Widząc co się dzieje, Octavius Lox podjął decyzję. Przejął kontrolę nad działem w pobliżu tajemniczego, chudego załoganta, i rozstrzelał go na miejscu. Osnowowa nicość ustąpiła i dziewczyny pobiegły do ambulatorium. Czy też raczej: poniósł je Javier, bo korytarz zagazowano. Zanim dotarły na miejsce, już toczyła się tam jatka. Garak zdobywał właśnie swoim mieczem sprawność Patroszyciela. Sabant nie przejmując się latającymi flakami, spokojnie operował mózg Parteosa. Postanowił odciąć mu hipokamp i pozbawić resztek wspomnień, by uczynić sobie z niego bezwolnego ochroniarza. W międzyczasie Octavius, rozdarty między pomocą innym, a tuszowaniem swojej obecności w systemie, zdołał odciąć napływ gazu, a wykrywszy czyjąś obecność na mostku, skierował opary właśnie tam. Został namierzony i mimo ukrycia, znaleziony. Ostrzelany, padł na podłogę, wykrwawiając się.

W drzwiach ambulatorium pojawiła się dwójka napastników. Javier i Bianka nie dali im zbyt wiele zrobić, więc Octavius doczekał się pomocy ze strony kolegi mechanicusa, który niedelikatnie umieścił go na stole operacyjnym. Wtedy ku Biance i Garakowi poleciał granat, przed którym adresaci uszli dosyć zwinnymi unikami. Kolejny nie poleciał, gdyż napastnika spopieliła mistyczka. Siostra Bitwy przypadła do ciężko rannego śledczego, Sabant jednak ograniczył się do zatamowania krwotoku, i mimo bycia obserwowanym przez Biankę, palcem nie kiwnął by udzielić mu pełnej pomocy. Choć słabo trzymał się na nogach, Octavius nie darował sobie, by nie wyżyć się na jedynym ocalałym, rannym oprawcy, a Bianka dołączyła by go przesłuchać.

Załoga okazała się najemnikami wolnego kupca, Franka Orsenta. Zaraz nadano wiadomość do kapitana, w odpowiedzi na którą do pomieszczenia wpadły kolejne dwa granaty. Gazowe. Mistyczka próbowała telepatycznie wypchnąć je z powrotem, ale na nic się zdały jej starania. Bianka na bezdechu wywaliła drzwi, stając oko w oko z kilkoma przeciwnikami. Z głośników dobyły się słowa groźby. „Intruzi” pojmani mieli natychmiast złożyć broń i się poddać. To był dobry moment na objęcie drabów polem elektromagnetycznym. Dobrze, że Octav nie widział, bo jeszcze by nie pozwolił i co wtedy.

Grupa najemników dostrzegając awarię elektroniki w wyposażeniu rozpierzchła się, odławiana przez stojących jeszcze akolitów i serwitora. Oczywiście Sabant operował. W swoim komunikatorze usłyszał wiadomość od kapitana, że ich to przerasta, i że znaleźli maskę. Wyraźnie szykowali się do czegoś. Nie śmiał jednak do nich dołączyć. Pozbawiony obstawy, obawiał się tak po prostu wyjść, narażając się na pytania drużyny.

Octavius Lox dopadł do cognitatora, z którego dowiedział się, że kapitan ucieka do hangaru. Nadlatywały statki imperialne. Nadzieja.

Gdyby nie to, że nadlatywały zniszczyć ten statek.

Sabant oczywiście spokojnie zszywał Parteosa. Potem umieścił go w słoju, który wziął Javier. Octavius, Bianka i Garak udali się na mostek. Odebrali tam przekaz od sił imperialnych szykujących się do ataku. Starania Octaviusa by uspokoić najeźdźców i wskazać im uciekającego kapitana na niewiele się zdały. Został na mostku, kiedy reszta akolitów zebrała się w hangarze. Po chwili wpadła tam grupa Sióstr Bitwy. I one również były wkurwione. Ale te to chyba już się takie urodziły.

Logi przeglądane w tym czasie przez Octaviusa mówiły jasno, że przed ich pojmaniem ze statku Katriny były wysyłane wiadomości do Franka Orsenta.

Serafina z satysfakcją i rządzą mordu przechadzała się między leżącymi na podłodze (z jej rozkazu) akolitami. Nawet Garak tym razem usłuchał rozkazu, choć rewanżował się obelgami. Utrudniało to Biance próby mediacji. Siostra powoływała się na swoje znajomości w zakonie, wspominała o wysłanej niedawno prośbie o wsparcie i opowiadała pokrótce ich historię i sytuację. Bojowe zakonnice sprawdziły to i z niechęcią odpuściły im. Nie dąsały się na szczęście długo, bo szybko napaliły się na pościg za uciekinierem. Ale gdyby od razu posłuchały, to nie zdążyłby daleko uciec. Zajęły statek, złożyły żarliwe przysięgi pogoni za heretykiem. Nawiązały kontakt z Tiberiusem Hornem, który szczęściem wrócił już z podróży i dał nam wolną rękę działania. Mniej więcej w tym czasie odzyskał też przytomność Parteos.

Tiberius Horn wydawał się zmęczony. Powiedział akolitom, że zwołano konklawe, na które przybyli inkwizytorzy z całego sektora. Wysłał po swoich podwładnych prom, ściągając ich do siebie.

Płacz Potępionych. Historia zatoczyła koło. Oto Tiberius Horn wysyłał ich z misją dopadnięcia heretyków. Ale tym razem wiedzieli już kim oni są. Skąd się wzięli. Oraz gdzie ich szukać.

Parteos zaś nie pamiętał nic. Wszystko co osiągnął jako on sam, wszystkie wspomnienia płynące z prawdziwych wydarzeń, a nie z prania mózgu, w rezultacie wszystko, czym ledwie zdołał się stać, zostało mu odebrane. Obok niego zaś stał wybitny chirurgon, który miał wobec niego i wszystkich pozostałych przyjaciół wielkie plany. Parteos nie pamiętał nic. Było to łatwo sprawdzić kilkoma taktycznymi pytaniami, ale Bianka trochę się rozszalała i szybko przypomniała mu, że jest klonem. Była też możliwość przekazania mu kilku wspomnień takimi, jakimi pamiętała je telepatka. Była możliwość. Ale nie było czasu. Na razie Parteosowi musiała wystarczyć i tak kuriozalna dla niego wiadomość, że uratował grupę, którą uważał za niebezpiecznych idiotów. Hej, to nie ja strzelałam do przyjaciół po utracie jakiejś tam fiolki. I nie ja przebieram się w dziwne slaneeshytowe fatałaszki. Ale spoko, pokażę mu że do nas pasuje.

Ochłonąwszy, akolici odnaleźli inkwizytora w kaplicy statku. Pytał o naszego napastnika. Octav powiedział wtedy to, co wisiało w powietrzu. Co było okropne i bardzo stresujące, ale nazwane brzmiało tak banalnie… Że mamy zdrajcę w swoich szeregach. Proste słowo, prosta sprawa. „Myślę, że teraz ufać możemy już tylko sobie nawzajem”, mówił kiedyś. To było w celi na Myros. Tak niedawno. Tak wkrótce. Tak nigdy…

Czy mogliśmy sobie ufać?

Widać nie. Octavius podzielił się też odkryciem, że na statku Katriny są maski z aukcji. Tak głosiły logi okrętu Orsenta. Tiberius pytał Sabanta o te maski, ale nie uwierzył w wymijające wyjaśnienia. Zapytał czy mechanicus przysięgnie mu, że nie wystawił drużyny – na co Sabant przysiągł. Ale Tiberius Horn za długo pracował nad tropieniem wroga wewnętrznego…

Przyłożył mu lufę broni do szczęki.

Po czym oddał naszej decyzji, odchodząc. Odmówił przyjęciu heretyka pod sąd inkwizycji. Miał teraz na głowie losy całego sektora.

Nie mogłam uwierzyć, że Sabant nas wydał. A może nie chciałam? I to za jeden przedmiot, za maskę. Maskę, której położenie miałam mu zdradzić po misji. Misji, którą właśnie mieliśmy kończyć, gdyby nas nie wpuścił w pułapkę. Mówił coś. Usprawiedliwiał się przed oskarżeniami drużyny. Mówił że chciał tylko wrócić do domu, a maska była dla niego biletem. Liczyło się tylko to. I aż to. Tiberius Horn miał rację. Sabant miał obsesję na punkcie maski.

Sabant nigdy nie uwierzył, że uda mu się odzyskać maskę po misji. Nie wiadomo czy miał zaufanie do Flavii, choć miał powody go nie mieć, skoro w przeszłości zabiła jego inne ja. Z drugiej strony, sam nie miał skrupułów by wykasować drugiego siebie. Tak czy owak, nie miał zaufania do Bianki, i był pewny, że dowie się ona o wszystkim i stanie na drodze jego planom, niezależnie od decyzji mistyczki.

Miecz Bianki wisiał nad karkiem mechanicusa. I wtedy – jakże odświeżająco – zaatakował ją Octavius Lox. Aby „nie krzywdziła jego ziomka”. Posłał ku niej wiązkę prądu, aż się zgięła ogłuszona. A potem tak samo zaatakował Sabanta. Oni są tacy nieobliczalni, te maszyny… W końcu przyszła kolej i mnie się wypowiedzieć. Cóż było robić?

Żyje się tylko dwa razy, Sabant… Żyje się tylko dwa razy.

Zabiłam go już kiedyś. Mimo to, teraz nie umiałam się skupić by zadać mu cios. A może rzeczywistość na to nie pozwalała? Octavius apelował by oddać jego „ziomka” pod sąd mechanicusów, po tym jak prawie go usmażył. Garak jednak wpadł w furię. Dobił Sabanta, po czym śmiertelnie raził Octava i Biankę. Trudno się dziwić, zdenerwował się. Zdarza się najlepszym. Dopiero telepatia go uspokoiła. Parteos, zadając sobie pytanie po co nas uratował, odszedł się modlić.

Dojście do siebie zajęło naszym rannym dziewięć dni. W tym czasie poszłyśmy z Bianką sprawdzić czy maski są tam, gdzie były. Stara – w skrzynce w mojej kajucie na naszym starym statku z Myros. Nowa – w koszu na śmieci… Były tam obie. Czekały na koniec misji. Bianka postanowiła je oddać inkwizycji. Ja nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego.

Wrak statku Tormentiusa był wielkim okrętem, odgryzionym w połowie przez coś ogromnego. Coś, co można było spotkać tylko w immaterium. Lepiej było nie dzielić się spostrzeżeniami z załogą. Połowa rozerwanego okrętu w swojej ocalałej części nosiła ślady napraw i insygnia Świętej Inkwizycji. Octavius obliczył, że statek jest na kursie kolizyjnym na Juno. Domniemane miejsce zderzenia było przypadkowe. Słusznie zatem założył, że zderzenie ma na celu rozsianie jakiegoś rodzaju broni biologicznej.

Snopy światła z lumisfery Bianki lizały tępymi jęzorami kadłub i dok wraku. Śledczy uruchomił wszystkie czujniki, trochę bezsilne wobec takiej masy konstrukcji. Ale gdzieś tam, głęboko wewnątrz, gdzieś tam przebywało coś, co już kiedyś widziałam w osnowie. Nie był to Tormentius, bo go nie spotkaliśmy. Z takiej odległości można było poczuć tylko jedną znaną nam istotę… Bianka poszła przodem. Wydawało się, że w oddali z wnętrza dobywa się nikłe światło. Podążyliśmy za nim.

Deja vu. Sala. Pusta, duża. Na statku? Rząd wielkich szklanych tub mieszczących jakieś płyny. Sylwetki. Podchodzę. Tuba. Sylwetka. Człowiek. Szkło. Za szkłem ja. Parteos.

Ja. Parteos? Parteos bez większego zrozumienia przeszedł salą, widząc ją po raz pierwszy. Nie uwierzyłby, gdybym mu powiedziała jak bardzo chciał zobaczyć to miejsce. Snop światła krążącej lumisfery wyłuskał z półmroku sylwetkę na drugim końcu sali. Ktoś w szatach mechanicusów doglądał aparatury utrzymującej kadzie w odpowiednim stanie. Cisza eksponowała odgłos każdego z jego ruchów do znaczących rozmiarów. Kadzidło i modlitwa zdradzały oddanie obcego jego zadaniu.

Bracie!, zawołał Octavius, czym jedynie go wystraszył. Starowina pytał co robią intruzi na statku jego pana. Usłużna Bianka zaznaczyła, że jego pan nie żyje, nie dociekając nawet co stary ma do powiedzenia. Przyszła pora na krótkie, zbędne wyjaśnienia. Silas Mar został przez konserwatora nazwany „starszym panem”. Natomiast obecnie statkiem władał jego syn. Normalnie ojciec Wirgiliusz z tego Silasa. Stary nie chciał podać imienia owego syna. Zabroniono mu. Parteos uniósł się i w imieniu inkwizycji zażądał podania tego imienia. Powiedział że konklawe inkwizycji chce osądzić Tormentiusa, więc dziadek uniósł się, że po jego trupie. Którego to Parteos, nie chwaląc się, skwapliwie sprawił. I poszliśmy dalej.

Secundus i Tormentius urzędowali na wyższym pokładzie, toteż tam skierowali się akolici. Po drodze w jednym ze słojów nastąpiło jakieś poruszenie, obiekt szamotał się i pukał w szybę. Parteos zbił ten słój i myślałam że pomożemy klonowi, bo próbował mówić. Ale Octav zabił tego człowieka. Więc poszliśmy dalej. Parteos się ukrył i myślałam, że znowu zaatakuje Octava. Ale nie. Kulturalnie trafiliśmy do windy.

Wyższe piętro powitało ich widokiem kolejnych szklanych kadzi, ale w tych zamiast ludzi siedziały przeróżne mutacje fioletowego stwora. Jak orzekł śledczy, uzyskane z jednej istoty. Po drodze rozległ się komunikat od Tormentiusa, który oczywiście wiedział że się zbliżamy. Trudno się nie domyślić, jak się słyszy strzały pod podłogą.

Na powitanie zdjął maskę. Zastanawiało mnie czemu. Niewielu widziało jego twarz, wyobrażam sobie, że okazywał coś w ten sposób. Albo po prostu wolał zginąć szczery. Mówił coś o nieuchronności tego, co zaplanował. O uwolnieniu na Juno niezliczonych przetrwalników xenosa, które ma przyspieszyć to, co czekało sektor za kilkaset lat. Jego motywacja pozostała co najmniej mętna. Chciał zrobić Silasowi na złość, niszcząc sektor zanim inkwizytor zdoła go zahartować. „Na złość mamie odmrożę sobie uszy.” Octav kazał mu się cofnąć, bo typ wyraźnie coś zasłaniał. Była to konsola, na ekranie której zobaczyliśmy, jak Secundus majstruje coś przy cylindrze. Parteos strzelił do Tormentiusa. Z cylindra tymczasem zaczął szybko ulatniać się narkotyczny gaz, którego właściwości akolici poznali na Desoleum. Tormentius dał się zabić, tak po prostu. Spełnienie, a może łatana jego złudzeniem gorycz, której już nie dało się znieść, pozbawiły go wszelkich odruchów walki.

Los okrętu był przesądzony. Kolizja z Juno, zasiew xenosa. Inwazja tyranidów 300 lat wcześniej niż podejrzewano. Silniki napędzające okręt były zewnętrzną instalacją. Nie miały żadnego sterowania. Można było je zniszczyć, ale statek był już na kursie. Zniszczenie jednego zmieniłoby ten kurs. Ale czy na lepsze? Octavius wysunął propozycję przesiadki na statek akolitów i zepchnięcia wraku na jakąś gwiazdę, prawdopodobnie wraz ze sobą, bo ucieczka mogłaby być trudna. Parteos zmagał się ze sobą, czy nie zostać we wraku i nie zabić Secundusa. Ostatecznie jednak odpuścił.

Przesiedliśmy się na nasz statek. Octav wytyczył kurs, ale po jakimś czasie wykrył, że zepchnięty z kursu Secundus próbuje przeciążyć reaktor. I sprowadzić xenosa na Juno choćby przy pomocy wybuchu. Czy nie spłonąłby w atmosferze? Nie zginął w próżni? Kto go wie. Zawsze był dosyć wszechmocny.

Widziałam wtedy tylko jedną możliwość: wepchnięcia wraku do immaterium. Była nawet szansa, że go tam zostawimy. Nie miał szans bez odpowiedniego napędu samemu stamtąd wyskoczyć. A xenos okrutnie bał się niezrodzonych… Nawigacja przebiegła pomyślnie. Pilotaż trochę Octavowi nie szedł, więc zawołaliśmy naszego wybrańca Imperatora, którego sam widok na mostku wystarczył, by Octav doznał natchnienia i od razu pilotował doskonale. I tak znaleźliśmy się w immaterium. Plan przebiegł pomyślnie. Nie udała się w zasadzie tylko jedna rzecz.

Powrót.

Dryfowaliśmy zawieszeni w czasie. Sprawa nie była całkowicie beznadziejna. Teoretycznie pozostało przez immaterium dostać się na jakąś planetę i… otworzyć bramę. Ale praktyka była trochę trudniejsza. Może po prostu Imperator zachował nas w czasie do innego zadania. Gdzieś w tyle głowy tkwił obraz bezpiecznej póki co planety. Układu. Sektora. Na przynajmniej trzysta lat. Czy jednak mógł być całkowicie bezpieczny? Mimo odcięcia xenosa i jego narkotyku zawsze pozostało w nim jeszcze to, co właśnie uratowaliśmy. Czynnik ludzki.

Wróg wewnętrzny.

Reklamy

10 myśli na temat “[kampania DH odc.26, ostatni] Płacz Potępionych”

  1. Więc tak.
    Jak po poprzedniej kampanii moja postać mogła krzyknąć „Kawka ty *cenzura*”, tak po tej kampanii śmiało mogę rzec „Sabant ty *cenzura*”.

    Więcej przemyśleń później.

    Polubienie

  2. Siostra Bi mnie ścięła za szybko – chciałem jeszcze pogadać Sabantem przed śmiercią, a tutaj nawet nie było czasu zostawić datapadu/infoczytnika z listem pożegnalnym… 😛
    Myślę że będę zachwycać się tą kampanią jeszcze długo, ale widziałem ile negatywnych emocji wzbudza taka konstrukcja i prowadzenie postaci Sabanta i więcej tego nie powtórzę…

    Polubienie

    1. Wydaje mi się, że w snuciu intrygi najtrudniejsze (i najważniejsze) jest dawkowanie informacji. W zasadzie nie sztuką jest zrobić coś w kompletnym sekrecie. Ale to nie zbuduje intrygi, jeśli przejdzie obojętnie. Bez odpowiedniego dozowania informacji, zajawek czy powodów do zastanowienia, a potem stopniowo wyjaśnień, intryga jest dziurawa (choć postać mogła osiągnąć swój cel, oczywiście, ale niekoniecznie wciągnąć czy przekonać innych) i powoduje bardziej efekt „wtf” niż ciekawi. Dziurawa intryga słabiej się klei do fabuły. Takie jest moje spostrzeżenie, choć nie wiem na ile mogę się wypowiadać w takich tematach. 😉

      Polubienie

  3. Słowem komentarza. Starałam się uwzględnić co się dało, choć nie wszystko miałam w notesie, więc mogą być braki.

    Tak, wiem, pojawiło się marudzenie na finał. 😉 Ale będę go bronić. A co. W zasadzie to nie był finał, to było to, co mieliśmy zrobić przed finałem, którym był zjazd na głównego bossa i pana tej intrygi, Silasa. Z którym walka i jej kropka nad i (powiększająca się z każdą sekundą) były bardzo fajne. Wrak Tormentiusa był bardzo klimatyczny i trochę zabrakło czasu na zwiedzenie go, choć oczywiście postacie nie mogły go mieć. Dynamika końcówki tego wymagała. Trochę szkoda że Parteo nie miał swojego „powrotu do rodzinnego gniazda”, bo nic już nie pamiętał. Powiem szczerze, że jego historia najbardziej mi się podobała. W dh które zostało przedstawione jako nie posiadające wątków ludzkich, trudno było w ogóle poznać postacie w drużynie. Słyszeliśmy o Garaku. Troszkę o Octaviusie. Prawie nic o Sabancie. O Parteosie wiedzieliśmy najwięcej i mogliśmy przyglądać się jego ewolucji. Która skończyła się niczym, ale to inna historia. Postacie drużyny zawsze mnie ciekawią, bo nie są tak epizodyczne, jak wszystkie npce.

    Ale odbiegam. W zakończeniu podobało mi się to, że było otwarte. Że niosło pewną złowieszczą nieuchronność, której trzeba było jakoś zapobiec. I mówcie co chcecie, marudźcie na słabą dynamikę itd, ale podobało mi się to, że nie było to klepanie kolejnego bossa. Myśmy klepali pół nocy, akcja u Franka zajęła nam dużo czasu, uwagi i solidnie pokiereszowała (żeby nie powiedzieć: odmieniła na zawsze 😉 ), zdominowała sesję, byliśmy już tym zmęczeni (niektórzy chorzy) i na dobrą sprawę nie było jak wcisnąć tam jeszcze kolejnego radosnego klepanka. Ale dało się zrobić coś innego. Może trochę onirycznego, w ujęciu bardziej kojarzącym się z kosmosem. Jednocześnie wygraliśmy tak tylko „do połowy”. Tylko „na chwilę”. To ciekawie wyszło, bo przy całym (dużym) heroizmie, na jaki pozwolił nam Bartek, kontekst świata przegrywającego z chaosem został zachowany. To jest zakończenie z muzyką z końcówki The Thing, ona mi tam brzmi – niby jest ok, ale. 😉

    Tormentius za mało wyspowiadał. I w dodatku zabił się jak wyszłam do łazienki. No wiecie co… 😀 Cały rok go szukałam. Przy tym jak trywialne rzeczy czekają zwykle na „kiblujących”, Tormendzik też mógł. Co wy z tym show must go on xD

    Co mi się podoba w mechanice – zdolności. Choć oczywiście daleko im do conanowych talentów.
    Co nie bardzo – dysbalans, wyższość okładania się kawałkiem metalu nad ostrzał pociskami rakietowymi, rozbieżność fabularnych i mechanicznych możliwości w tym świecie (to, o czym wspominał już Bartek – fluff swoje, a mechanika swoje)
    Co w ogóle – nonsens systemu cech/umiejek, w którym możesz mieć powiedzmy kondycję super, ale jak nie jesteś wytrenowany w bieganiu, to nagle okazujesz się lebiegą z zadyszką. Inny przykład, jesteś fajnie inteligentny – ale jak nie będąc śledczym masz skojarzyć dwa fakty, to nagle już nie jesteś. To jest tak żałośnie bzdurne (Bartek kazał marudzić na mechanikę, to sobie daję xD ), że aż trudno uwierzyć, jak zyskało taką popularność. Stwarza pytanie po co właściwie są cechy w tym systemie. Podejrzewam że po to, żeby było z czego odejmować przy testach. 😉

    Ale wszystko jest dla ludzi, nawet pierdyliard tabelek w podręczniku. Nawiasem ładnie wydanym. Toteż grało się mimo mechaniki całkiem spoko, ucząc się na błędach. Pamiętam że na początku myślałam że mogę rzucać dwie moce różnego typu, dopiero ktoś mnie oświecił że czituję na potęgę.

    Jeśli zdarzały się jakieś słabsze punkty, wydaje mi się, że oscylowały wokół podejścia do mechaniki. Po tym jak założyliśmy, że postacie rzucają w interakcji między sobą (przekonywanie czy tam dowodzenie Parteosa żeby Flavia zrobiła co chcą i zeszła za nimi w dół gdzieś w podkopcu), zdziwiło mnie, że nie ma w ogóle czegoś takiego jak rzuty na blef u Sabanta (poza epilogiem w rozmowie z inkwizytorem). Jest to z jednej strony zrozumiałe, bo chroniło jego intencje ooc, z drugiej zaś pozwalało być mistrzem intryg komuś, kto kompletnie nie musiał inwestować w blef i nie robił tego. Ba, ja musiałam rzucać na blef nawet jak mówiłam prawdę xD Zaś Don Parteo inwestował w cały wachlarz gadanek by obskoczyć wymogi mechaniki rozmów. Więc ta sytuacja to taki trudny dylemat, być może do przemyślenia w przyszłości.

    Nie do końca ogarnęłam możliwości xenosa. Naprawdę był taki wszechmocny? Czy tylko na potrzeby bycia przeciwnikiem graczy? Jeśli był taki fabularnie, to nie wiem jakim cudem ten świat jeszcze nie należy do niego. 😉 To pewnie trochę jak z magami w DD3,5 – skrzyknęliby się w kilku i wypaliliby pół świata, ale na potrzeby rozgrywki wmawia im się słabość. Tutaj to nawet nie wiem jak jest.

    Śmiesznoty mechaniki – im wyżej nie podniosłam wyczucia osnowy, tym wyżej rzucałam, z reguły nie zdając 😀 Magia!

    Szczuraki były genialnie zagrane, choć już o tym pisałam. Z npców najbardziej lubiłam Germanicusa (no i Javiera – jestem tendencyjna, wiem ;p ). Ale i tak najbardziej u Bartka (na ile mogę to stwierdzić po dwóch kampaniach) lubię chyba miejsca. Kuter na morzu kwasu, z krakenem. Tunele pod wyspą cmentarną, poznaczone symbolami chaosu. Posiadłość Gryn-Zollern… dziwna. Sala pełna słojów z klonami.

    Podobało mi się ogromnie dużo scen. Błądzenie w ciemności na kładkach pod kopcem. Śmierć starego sankcjonity w podkopcu. Odnalezienie i uspokajanie przypalonego Javiera. Bitwa na aukcji i zemsta Garaka. Walka z astartesem w porcie na wyspie Pyłu i Popiołu. Zanikanie osnowy na placu przed siedzibą astropatów. Wszystkie co do jednej sceny z odczuwaniem i widzeniem przez osnowę albo z udziałem bytów z immaterium. Sesja piknikowa. To, jak Javier miażdżył Silasa. Może nie wyglądało na to, ale słuchałam opisu. Mega. ❤ Zawsze słucham opisów. Scena ratowania Sabanta (w sensie tego z przeszłości). To, jak trafiła się cofka w czasie. Ugryziony wrak okrętu inkwizycji. Poświęcenie się Parteosa. Wyłganie się z celi więziennej. Nie pozwolisz żyć czarownicy.
    I masa drobnych scenek, których być może na raz nie wymienię, bo nie mam teraz czasu scrollować aarów. 😉 Mam nadzieję, że chociaż część z nich zachowałam w tych relacjach, nawet jeśli mój język pozostawia wiele do życzenia.

    To była fajna drużyna 😀
    Bianka. "Anioł wpierdolu", jak mawiał Tomasz. Pełna żarliwej wiary, niezachwiana w poglądach, podejrzliwa, ratująca życie i wkurwiająca na potęgę, niebezpieczny beton, kochana siostra Bianka 😉 Szacunek dla Lucyny, że mimo zawzięcia się na nas po ratowaniu Sabanta, zdołała i odegrać wrogość i niechęć, i jednocześnie zdołała dać postaci się skupić na misji i nie niweczyć rocznych starań ;D
    Octavius Lox – najlepszy nawigator na świecie, timelord, człowiek-nieczłowiek, osobisty donosiciel Tiberiusa Horna, masta haker, mieszkaniec Pustki Kosmosu (pustak), strzelający piorunami z kodensatora metodyczny śledczy, który potrafi cieszyć się nawet z tego, że mu odpadła ręka ;D
    Garak. Wybraniec Imperatora, nie? 😉 Swoim zachowaniem kładący każdą dramę, jak to światełko w ciemnym tunelu. Fioletowe. Idol Flavii (po tym jak zabiła poprzedniego idola). Zabójca planów i strategii. Heretyków i rodzeństwa. Obcych i swoich. Kolekcjoner lewych nóg. Upijał się paliwem rakietowym, pewnie stąd przebłyski niebywałych zdolności pilotażu. Drugi niebezpieczny beton. Swego czasu miał większego inta ode mnie 😀
    Sabant, nasz domorosły intrygant. 🙂 Najlepszy medyk. Latający techno-kupidyn wożący anioła wpierdolu na ostrzał. ❤ Twórca serwitora. I przez jakiś czas nawet serwitor! xD Nie zapominajmy też o nośniku demona. 😉 Wyrzucony z domu za pomoc słabszym i potrzebującym, chciał jedynie wrócić do mamy. Niezrozumiany przez niewdzięczną drużynę, zabity dwa razy. 😦 Sabotażysta. Napalony na tytana z jakiegoś powodu ograniczył swoje ambicje do maski. Łgał inkwizytorowi w żywe oczy. Zabił samego siebie i przeżył! 😮
    Parteos – najbardziej tragiczna postać. Wpasowała się w moją niedokończoną w urwanym Nemezis rozkminę grania klonem. I chyba wszystko wycisnęła z tematu… Masta aktor, łgarz, gadacz i strzelec. Poznany od podszewki, resetowany trzykrotnie z tożsamości, fetyszysta fiolek i peruk, noszący przy sobie setki rakiet bolterowych na raz. Mściwa szuja, nawykła do wygód i bogactw dzięki spędzeniu życia w słoju. Nie ogarniesz 😉 Teraz w immaterium jest dużo czasu na wgranie mu z powrotem co ciekawszych momentów. Żeby się poczuł bardziej częścią drużyny xD
    Proculus. Cień, który mignął i zniknął. Napadł na nas, pożyczył komunikatory, uciekł przed glejtem inkwizycji, wrócił pomóc, nauczył nas chować się za beczkami, ubił generała (z kórego mamy uber pancerze), po czym odjechał bajerancką autokarocą, którą udało mi się zarekwirować. Masta snajpa. Mistrz strzału w kolano. Komunikatory i pancerze mogliśmy zatrzymać.
    I Flavia, nie dość że pustak to jeszcze beton. Przez swoje testy psioniczne przekonana o zaufaniu Imperatora do jej rozsądku. Uważająca się za jedyną normalną. Idolizująca strażników systemu i ładu imperialnego. I Garaka. Zapatrzona w jakby-martwego sankcjonitę jak w obraz i nigdzie nie ruszająca się bez niego. Wiecznie na huśtawce w relacji z Sabantem. xD Zwykle niby oficjalnie nastawiona na pilnowanie Garaka, ostatecznie kończy pomagając mu w zadymach.

    Po zakończeniu… dryfujemy sobie w immaterium. Octavius pewnie wniebowzięty. 😉 Jakoś się przyzwyczai.

    Grało mi się bardzo fajnie. Główny cel czasem trochę uciekał, ale wracał. Udało się pokazać groteskę settingu, zwłaszcza w Desoleum, na dolnych poziomach u robotników, na górnych w czasie święta, na obrazach w domu Nessima. Podczas pobytu na Myros Kappa. Lubię sobie dla beki dumać co może się wyrabiać przez nasze działania w porzuconej przez nas linii czasowej. 😉 Właśnie, do końca byłam ciekawa czy natkniemy się jeszcze na starych siebie by ich powybijać. Kto by przeżył z którego świata. Czy by się potem dogadali. Póki co jesteśmy w przechowalni, w której czas nie istnieje. Wszystko jest teraz możliwe. Choć jednocześnie jesteśmy po prostu uwięzieni. I to jest fajne zakończenie. Neutralne.

    Polubione przez 4 ludzi

    1. Co mogę powiedzieć. To była długa kampania. Może nawet za długa. Miałem wrażenie, że wszyscy są już nią trochę znużeni, a finał był tego kapitalnym potwierdzeniem. Miejscami mam wrażenie, że tak klimat, jak i wizja świata gdzieś mi uciekała i wszystko przez to się rozmywało. O czym chciałem opowiedzieć? O tym jak bardzo ten świat jest wyprany z człowieczeństwa. Zderzyć współczesnych ludzi z totalnym i czasem absurdalnym, ale z drugiej strony koniecznym dla przetrwania gatunku brakiem szacunku dla życia i indywidualności jednostki. Może się udało. Nie mam pojęcia, bo mam wrażenie, że tych elementów w trakcie sesji nikt nie ciągnął. O tym miała opowiedzieć historia szalonego inkwizytora, który zobaczył w pustce nieopisane – nadchodzącą tyranidzką inwazję i postanowił zrobić wszystko i poświęcić wszystko, by tylko obronić Imperium przed jej nadejściem. Co nas nie zabija, wzmacnia nas. Zasoby są wymienne, ale wojnę wygrywa się wiarą i siłą ducha.

      Trochę żałuję, że nie usłyszeliście historii Tormentiusa i jego brata Secundusa. Bo to dość ciekawa opowieść o tym jak narzędzie wyrywa się spod władzy pana i szuka zemsty zmuszone do poruszania się w ramach z góry rozpisanych ról. No nic. Pozostanie to na zawsze jego tajemnicą 🙂

      Swoją drogą Lea przegapiłaś, że do czynienia mieliście z dwoma Xenos. Tyranidem w cylindrze, potrafiącym mieszać ludziom w głowach i to właśnie jego obecność czułaś na wraku i Slouthem – potężnym obcym toczącym walkę z Silasem. Swoją drogą jednym z niewielu istot w sektorze, które faktycznie wiedziały co Silas planuje i próbowały mu przeszkodzić. Nawet próbował się z Wami skontaktować, ale został w porzuconej linii czasu.

      Dziękuję za grę. Mam nadzieję, że jesteście chociaż minimalnie zadowoleni z tej kampanii. Ja uczucia mam mieszane i raczej wątpię, czy kiedyś jeszcze wrócę do tego systemu. Zmęczył mnie zarówno mechaniką, jak i światem.

      Polubienie

      1. Różnica polegała na sposobie kontroli. Jeden mieszał ludziom w głowach osnową, a drugi „biologicznie” infekował.

        Polubienie

  4. Ogólnie, to była dobra kampania. Oczywiście, że zdażyło się trochę spięć, nudniejszych scen, niezrozumienia, czy innych absurdów, ale to nawet oczekiwane przy tak długiej przygodzie.

    Koncepcja i stylistyka świata jest dla mnie mimo wszystko dość interesująca. Fakt – wiekszość elementów nie ma żadnego sensu i trzeba dużego zawieszenia niewiary. Latające katedry, elitarni żołnierze z mieczami zamiast karabinów, a nawet zombie-król, który dodatkowo na pół etatu robi jako latarnia morska – absurd goni absurd.

    Jestem dość zadowolony z postaci, którą przyszło mi grać. Choć widać chyba na jej przykładzie dość dużą ułomność mechaniki, czy też konflikt między całą otoczką fabularną a samą grą. Rozwój postaci Mechanicusa często wiąże się ze zdobywaniem nowych wszczepów. Zgodnie z mechaniką, wszczepienie dowolnego implantu zajmować powinno 2k10 dni (minus premia z wytrzymałości). Podczas prowadzenia śledztwa, często czas jest na wagę złota i wynalezienie dwóch tygodni wolnego po to, żeby jedna postać mogła sobie zainstalować cybernetyczną rękę, albo mechadendryt graniczy z cudem. I tak też było w przypadku mojej postaci, która na pierwsze ulepszenie musiała czekać praktycznie 2/3 całej kampanii. Ale mimo to, dobrze się grało. Przemawiała do mnie cała ta skomplikowana ideologia Adeptus Mechanicus i niełatwe relacje z Imperium. To całe dążenie do wymiany „słabego ciała” na zimny metal, wiara w to, że Imperator jest tylko awatarem Maszynowego Boga, a nie bogiem samym w sobie (i przez to konflikty z fanatycznymi Siostrami Bitwy, np.), próby tłumaczenia innym postaciom, że duchy maszyn są ok, ale AI już jest be – to sprawiało, że nie było nudno.

    Intryga Sabanta była ciekawym pomysłem, ale z doświadczenia wiem, że trudno jest coś takiego zrealizować. Gracz musi się ukrywać przed graczami tak samo, jak postać, żeby kiedy już spadną maski inni gracze mogli sobie poskładać całą układankę. No i żeby żaden gracz nie przeszkadzał w snuciu tej intrygi poprzez metagaming i przemycanie swojej postaci wiedzy z nikąd. Ale i tak mi się podobała. Mariusz dobrze odgrywał powolne oddalanie się od drużyny: Sabant próbował przekabacić Octaviusa gniewnie zarzucając mu porzucenie misji poszukiwania wiedzy (dobrze, że krzyczenie na mnie jako postać mnie nie triggeruje), leczenie ran towarzyszy tylko na tyle, żeby nie umarli, wprowadzanie w farmakologiczną śpiączkę innych nawet, jeśli to niepotrzebne, itd. Owszem, były niedostatki (opisane w którymś poprzednim komentarzu), ale i tak wyszło nie najgorzej.

    Zawiodłem się natomiast nieco na końcówce. No, może nie tyle zawiodłem, co troszkę się pogubiłem. Bo oto ten zły, szara eminencja stojąca za naszym głównym wrogiem wyjawia nam swój plan – jak to przystało na bossa. I co? I w sumie plan ma sens. Grając w uniwersum, gdzie cała rasa ludzka jest rządzona przez ksenofobiczne, ekskluzywne kasty, gdzie przejawy indywidualizmu są tak skutecznie tłamszone, że ludzie z niższych rejonów społeczeństwa nawet nie rozumieją konceptu wolności, gdzie konflikty są rozwiązywane przez modyfikowanych genetycznie superżołnierzy no i odgrywając postaci, których zadaniem jest tępienie ogniem i mieczem wszelkich przejawów zachowań niezgodnych z oczekiwaniami zombie-króla, to ten plan miał sens. I naprawdę musiałem się nagimnastykować, żeby znaleźć powód, dla którego było to złe. No bo wprowadzenie xenosa na planetkę, zrobienie czystki atomowej, rozpętanie wojny domowej, tylko po to, żeby zahartować mieszkańców sektora i przygotować na walkę z większym wrogiem w jakiś tam sposób było nawet logiczne. Jakoś się jednak udało przekonać samego siebie, że plan jest tak długoterminowy, że jest zbyt duże prawdopodobieństwo, że coś pójdzie nie tak i cała ludzkość, całe stworzenie Maszynowego boga pójdzie się j..ć w ogniu xenosowych laserów. I inne takie.

    Miałbym jeszcze parę uwag, ale czasu mało, więc tyle.

    Polubione przez 1 osoba

    1. O to właśnie szło mi w finale. O dysonans. Nawet miałem nadzieję, że może ktoś z Was uzna rację starego inkwizytora i do niego dołączy. Byłby to ciekawy finał.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s